• Współczesne niewolnictwo

    Prawie 160 lat temu w naszym kraju zniesiono niewolnictwo. Dzięki dekretowi cara Aleksandra II właściciele ziemscy nie mieli już prawa dysponować chłopami, ani karać ich według własnej woli. Nie można było już kupować i sprzedawać chłopów, gwałcić chłopek i traktować ich rzeczowo. Tak, tak, w Polsce też mieliśmy niewolnictwo.  Jednym słowem jesteśmy „córami potomków niewolników”. To nie tylko Afryka, nie tylko Brazylia, u nas też stosowane było uzależnienie człowieka od człowieka. I choć minęło od tamtej pory wspomniane 160 lat dostrzec możesz, pewnie tak jak ja, niewolnictwo….mocne słowo? Być może, ale owijanie w bawełnę nie jest wobec żadnej z nas uczciwe. Ja wiem, że mówiąc słowo „niewolnik” widzimy obraz czarnoskórego człowieka w kajdanach na  nogach, stąpającego, noga za nogą, w kierunku jakiejś plantacji. No i tak, w Polsce dziś o taki obraz trudno. Jednak wszystkie przestępstwa związane z prostytucją, handlem ludźmi czy wreszcie inna formą pracy przymusowej to już zjawiska, o których możemy sobie posłuchać z faktów czy jakiś innych wiadomości. Myślicie, że to gdzieś daleko, że nas nie dotyczy… no może tak, ale czy na pewno. Jedna z moich czytelniczek opisała mi kiedyś pewien obrazek ze swojego dzieciństwa.

    engin-akyurt-l1clu1ZKjSw-unsplash

    „Odbiła się od ściany. Niczym kłoda padła na czerwony chodniczek w przedpokoju. Jeszcze krzyczała, jeszcze płakała. Za głośno. Jeszcze jedno kopnięcie w głowę, aż zamilkła. Ojciec nigdy nie dawał za wygraną. Cisza oznaczała zwycięstwo. Dopiero kiedy zasnął w pokoju byłam na tyle odważna, żeby do niej podejść. Zazwyczaj wszystko widziałam przez szparę w drzwiach. (To nic, nic się nie stało, idź spać córeczko). Nic ją nie bolało, nic jej nie było, nic się nie stało. Cała matka. To przez nią moje dzieciństwo było koszmarem. To przez nią tyle lat żyłam w niewoli bita, głodzona i gwałcona przez własnego ojca…właściwie człowieka, który przyczynił się do mojego życia. Nic więcej. Pijak, menel, idiota. A ona. Tak wiele mogła, a nic nie zrobiła. Dopiero gdy zapił się na śmierć poczułam się wolna”.

    engin-akyurt-eKBVDW1X2xY-unsplash

    Czy to jest takie nasze współczesne niewolnictwo? Jest. Konstytucja gwarantuje nam wolność, tymczasem dziecko, które wychowuje się w takiej …dysfunkcyjnej rodzinie (dziwne to słowo….ale obrazuje kontekst) jest skazane na niewolę. Wykorzystywane seksualnie, bite i zaniedbane jest dzieckiem zniewolonym. W normalnym, współczesnym, cywilizowanym kraju. Kobiety zmuszane do prostytucji, czasem nawet przez własnych mężów i to nie koniecznie za opłatą, kobiety zastraszane w pracy, zmuszane do podejmowania decyzji, które nie są zgodne z kodeksem pracy, szantażowane i zastraszane. To też są kobiety zniewolone. Ponad 88 tysięcy osób, w stosunku do których stosowana była w 2019 roku przemoc, to też niewolnictwo. Są to jedynie zgłoszone przypadki a w tym roku skala jest już dawno o wiele większa. Około 30 % więcej przemocy pojawiło się w polskich domach podczas tej nieszczęsnej pandemii, która swoje żniwo zbiera każdego dnia. Pojawił się nowy model oprawcy, sfrustrowanego z powodu utraty pracy, przebywającego 24 godziny w domu, wśród najbliższej rodziny, na której najprościej jest się wyżyć. Takie współczesne niewolnictwo, kiedy ludzie  znęcają się nad sobą nawzajem, w pozamykanych domach, jest pomijanym dramatem w strumieniu informacji o zakażonych, przetestowanych, uzdrowionych. Hasło „Hasztag zostań w domu” stał się dla nich gwoździem, dobijającym ich trumnę. Dziś w dniu upamiętniającym zniesienie niewolnictwa, nie zamykajcie dziewczyny oczu na bezprawie, które ma miejsce obok Was. Nie pozwólcie, aby ktoś zrobił z Was niewolnice. I wreszcie nie przekraczajcie swoich uprawnień, aby mieć swojego niewolnika.

  • TOP TEN tegorocznej jesieni

    Masz plany na jesień?  Super!  Zazdroszczę. Tak, tak, wiem, że większość tegorocznych  planów uda się, albo nie uda. To jest tak, jak z liściem akacji. Też robiłaś sobie wyliczankę? „Kocha, lubi, szanuje…” Teraz można odnieść się do planów… „uda się, nie uda, uda, nie uda”… Jeden wielki znak zapytania. Jako kobieta uwielbiająca plany i działanie według planu, czas, w którym przyszło mi działać, jest czymś nowym, niezrozumiałym i trudnym do zaakceptowania. Choć uwierz mi, bardzo się staram. Też tak masz? Uff, nie jestem sama. Trudno jest mi robić plany, ze świadomością tego, że jutro rano mogę obudzić się w nowej rzeczywistości. Dlatego moja lista planów, takich zwykłych, codziennych i bardzo przyziemnych, jest po prostu bardzo możliwa do zrealizowania. A to już dużo. Plany oderwane od rzeczywistości, z góry skazane na niepowodzenie, nie przekonują mnie. Ciebie pewnie też. Jeśli chcesz, możesz skorzystać z mojej listy tej jesieni… powiem Ci w sekrecie, że na zimę jest również w sam raz. Możesz też stworzyć swoją, tak, abyś miała realny wpływ na każdy jesienny dzień. Jakie są te moje jesienne plany? Oto one :

     

     #1 Codziennie pożerać witaminy

    Do tej pory, z tych takich pastylkowych, łykałam witaminę D, ale teraz dodam jeszcze witaminkę C bo muszę, nie… przepraszam…chcę wzmocnić swoją odporność i wiem, że odpowiednia ich dawka nie zaszkodzi. Zawsze byłam nastawiona bardzo „anty” na wszelkiego rodzaju pigułki, było to dla mnie jakieś nienaturalne. Do czasu, aż w okazało się, że mam ich w swoim organiźmie za mało i trzeba było sobie dopomóc. A więc..z rozsądkiem i umiarem, ale weszły do mojego codziennego rytuału. Oprócz tego będę jadła więcej papryki, lubię ją w każdej postaci, a skoro zawiera dużo witamin, to tym bardziej należy jej się większa uwaga.

     

    #2 Wysypiać się

     

    Nie wiem jak Ty, ale ja daleko nie zajadę śpiąc trzy, cztery godziny dziennie. Tak się po prostu nie da. Jesienne dni, nawet te najbardziej słoneczne, szybko się kończą i przychodzi spadek formy. Wraz z nim rozdrażnienie i obniżona produktywność. Co za nią idzie już wiesz, niezadowolenie z samej siebie, dół i totalne załamanie, czasem kończące się przeziębieniem. Warto? Jasne, że nie. Więcej o śnie napisałam tu ⬇ zajrzyj koniecznie.

                                                             https://kobietawartamilion.pl/zlota-rada-sen/

     

     #3 Zaszaleć z zupami

     

    Zdecydowanie za mało ich ostatnio było w mojej kuchni. Choć lubię chyba wszystkie. Oprócz tego, że rozgrzewają, to jeszcze dostarczają wiele składników odżywczych. Od dawna chodzi za mną krupniczek. Może w najbliższą sobotę? Tymczasem poniżej znajdziesz przepisy nadesłane przez moje czytelniczki. Może też skorzystasz?

    Stara Para Plener Rocznica Kolaż

     

     #4 Bez czapki

     nie wychodzę z domu

     

    Szanuję swoje zdrowie i kasę, którą wydaję na te wszystkie witaminki, o których pisałam wyżej. Dlatego nie mam zamiaru się z takiego powodu przeziębić. Dlaczego warto nosić czapkę pisałam w jednym z jesiennych artykułów. Znajdziesz go tutaj ⬇

    https://kobietawartamilion.pl/schowaj-sie-pod-czapka/

     #5 Wyprowadzać się

     na Spacerniak
     

    Nawet więźniowie codziennie spacerują. A my, kobiety, często o tym zapominamy. A więc, zdecydowanie więcej spacerów. Nie biegania z zakupami, nie marszu do pracy i z powrotem. To się nie liczy. Normalny, zdrowy, świadomy, jesienny spacer. Obowiązkowo!

     

    #6 Poświęcić jesienne wieczory na prace  manualne.
     

    Mimo tego, że u mnie kreatywność i prace manualne to chleb powszedni, to chcę zająć się czymś innym, nowym, wyjątkowym. Może szydełko, druty, haft. Jednym słowem coś, przy czym będę mogła odpocząć i obejrzeć serial jednocześnie.

    InShot_20201114_210314663

    #7 Właśnie. Serial.  

    To wcale nie jest głupie. Bo to nie prawda, że seriale ogłupiają i robią rysę na naszej inteligencji. Oglądałam ostatnio „Opowieść Podręcznej” i powiem Wam, że dużo różnych emocji się u mnie pojawiło podczas tych trzech sezonów, ale żadnej rysy na mojej inteligencji nie zauważyłam. W moich planach są „Telefonistki”  i „The Crown”. Już czuję, jak się wciągam.

    #8. Książka

     

    Jak tak już sobie pooglądam, to z książką w ręku liczę na wyciszenie. Na mojej liście znajdują się dwie pozycje – „Jeszcze będzie przepięknie” Sabiny Czupryńskiej oraz „Widoki” Agnieszki Lis. Czekam również na „Malowane życie” mojej drogiej Basi. Liczę, że dołączy do tej listy szybciutko.

    #9 Napisać list

     

    Jeden już napisałam. I sprawiło mi to ogromną przyjemność. W czasie, kiedy trudno o rozmowy przy kawie potrzeba kontaktu wydaje się być jeszcze większa. Zapomnieliśmy już o takiej formie, a warto. Choćby dla przypomnienia sobie jak się listy pisało i dla pokazania młodszemu pokoleniu w domu, że coś takiego w ogóle istnieje.

    #10 Zadbać o twarz pod maską

     

    Peeling twarzy – tego mi potrzeba. Ja jeszcze nie zauważyłam jakichś zmian na twarzy od noszenia maseczki, a muszę ją nosić czasem kilka godzin dziennie. Ale kilka moich koleżanek już jakieś dziwne ustrojstwo pod maseczką musi magazynować. Z odsieczą przyszła moja zaprzyjaźniona kosmetyczka, która doradziła stosowanie peelingów dwa razy w tygodniu…takich zwykłych domowej roboty oraz zero podkładu. Ani grama pudru, fluidu i takich tam.

    ***

    Do peelingu potrzebujesz jedynie mąki ryżowej, zimnego mleka oraz miodu. W takich proporcjach aby powstała gęsta papka. Nałożona na twarz, ma podobno właściwości rozświetlające i przeciwzapalne. Będę próbować

    ***

     Cóż, poza tym mam zamiar cieszyć się tą jesienią choćby nie wiem co. I żadne wirusy, chandry, statystyki i inne czynniki zewnętrzne mi jej nie zepsują.

  • Schowaj się pod czapką

    „Na złość mamie odmrożę sobie uszy” pamiętasz to? Pewnie tak. Czasem nie lubiane, czasem ukrywane w plecaku, swędzące, gryzące, z jakiejś wełny słabej jakości. Te czasy chyba minęły. Tak mi się przynajmniej wydaje. Dziś czapki, które widzę w sklepach, na głowach modelek to prawdziwe dzieła sztuki. Sklepowe półki się pod nimi uginają, a ceny potrafią zwalić z nóg.

    123741453_2846881848875887_8077108389227285470_n (1)

    Jako nastolatka bardzo lubiłam dziergać na drutach, na szydełku i często robiłam sobie szaliki, ale czapek nie umiałam. Mistrzynią w tym była moja mama, która cierpliwie żonglowała włóczką wokół drutów połączonych jakąś żyłką. Dużo mam wtedy dziergało. Sploty „prawo – lewo”, „warkocze” były bardzo modne i popularne wśród moich rówieśników, tym bardziej, że sklepy nie oferowały nic podobnego. Wszędzie te same ubrania, buty, czapki też. Ten kto miał zdolności manualne, potrafił szyć, dziergać…był mistrzem. I nic się nie marnowało, żaden kawałek włóczki. Stare swetry były w domach prute, wełna nawijana, wykorzystywana, taki peerelowski recycling. Cudne rękodzieła, kreatywnie komponowane z tego, co było pod ręką. Dziś widzę podobne na głowach kobiet. Kolorowe, oryginalne  i takie różnorodne.

    123683543_437538310970259_8192144324931117150_n (2)
    123538007_717695475760887_3702069336118127888_n

    Ten jesienno – zimowy dodatek garderoby jest, obok apaszek, „wisienką na torcie” outfitu kobiecości.

    O apaszkach możecie przeczytać w artykule „Owijamy się”

    123916971_457510971887869_916684575835198611_n (2)

    Znam takie kobiety, które uparcie nie założą czapki, choćby nie wiem co. A to swędzi czoło, a to popsuje się fryzura, albo po prostu nie dodaje uroku. Ja myślę, że dobrze dobrana czapka, wręcz przeciwnie, może dodać bardzo dużo uroku. Wiedzą o tym czytelniczki tego bloga, które nadesłały swoje „czapkowe” zdjęcia. Nakrycia głowy bawełniane, wełniane, zimowe, jesienne, ważne aby … po pierwsze było wygodnie, po drugie, ładnie 😊Wiesz pewnie, że aż 70% ciepła ucieka właśnie przez głowę, dlatego warto zadbać o swoją temperaturę zawsze, a w tym wirusowym czasie szczególnie. Jest nadzieja, że to właśnie dzięki czapce unikniesz przeziębienia i zasmarkanego nosa. A włosy? Bez przesady, aż tak Ci nie przyklapną, z resztą trzeba wybrać czy fryzura czy zdrowie są dla Ciebie najważniejsze.  Poza tym jeśli powiem Ci, że zimna temperatura osłabia cebulki włosów, nie będziesz miała wątpliwości, że czapka to naprawdę dobry pomysł.

    DSCN8862 (2)
    120324399_3403514529686625_6794133357868912918_n

    Usłyszałam kiedyś, że czapka to nie tylko stylowe dopełnienie ubrania zimowego, ale styl życia. Znam dziewczyny, które noszą czapki we wrześniu i takie , które jeszcze w kwietniu prezentują każdego dnia inną. Traktują ten element garderoby jako definicję samej siebie, jako manifest, eksponując kolor lub logo znajdujące się na niej, jednym słowem coś, co jest dla niej ważne.

    123838474_3375285772588219_5163770690434387961_n (2)

    Nawet jeśli kiedyś ktoś Ci powiedział „Jezu!! Jak Ty wyglądasz?!” bo i takie argumenty słyszałam i dzięki nim wstydzisz się  zakładać czapkę, nawet w najbardziej siarczyste mrozy, to nie zwracaj uwagi na tego typu komentarze. Są naprawdę słabe. Proponuję, aby każdy zajął się swoją głową i  to zarówno tym, co na niej, jak i w środku 😉Poza tym pytałam kilku mężczyzn i stwierdzili jednogłośnie, że czapka jest sexy. Zapytaj swojego. Moja znajoma lubi nosić na przykład czapki z bohaterami bajek, inna zakłada takie z ogromnym pomponem. Czują się młodziej, czują się weselej, odważniej. I o to chodzi. Jak się okazuje zwykła czapka może być elementem budowania pewności siebie 😊

    DSCN9106

    Czas jesieni, zimy z resztą też, to nie tylko kolorowe od liści dni, albo tryskające blaskiem śniegu, wieczory. To też smutne, szare popołudnia, deszczowe poranki ze znikomą ilością energii. W takie dni jakoś trzeba sobie pomóc. Może właśnie zakładając wesołą czapkę, która tę szarość odczaruje. Są wersje eleganckie, dopasowane do płaszcza, kozaków czy torebki. Albo sportowe, w których możesz biegać, wyskoczyć po dzieci do przedszkola lub iść na spacer.  Pilotki, gawroszki, kaszkiety, berety …jest tego cała masa. Nawet do smutnej i znoszonej możesz doszyć pompon, albo po prostu wrócić do czasów robótek ręcznych i przy okazji, twórczo spędzić kilka wieczorów. Tych możliwości jest tak wiele. W tym roku noszenie czapek będzie dodatkowym wyzwaniem, bo jak dodamy do nich maseczkę, czasem okulary to złoty puchar tej, która ogarnie tę  rzeczywistość bez problemu. Będziemy wszystkie mijały na ulicy atrakcyjne kobiety, opatulone niczym Mata Hari w burce, choć czasem mam wrażenie że to właśnie pod czapką i pod maseczką będzie można ukryć swój zły dzień, kiepski nastrój lub zapomniany makijaż, a pandemiczny  czas, niestety,  sprzyja takim nastrojom. Być może to nie jest dobry argument, ale z pewnością skuteczny 😊

  • Urodzi, pochowa, zrobi drugie

    #

    Długo się zastanawiałam czy odezwać się w tej sprawie, czy to wypada, czy nikogo nie urażę i czy w ogóle mam prawo, bo co ja tam w ogóle wiem, ale wiecie co…. mam, każdy ma. Jest mi przykro, smutno, jestem wkurzona i jest mi wstyd. Wszystko razem. Wszystko w jednym. Tyle negatywnych uczuć, które zawsze staram się omijać szerokim łukiem, teraz nasilają się z każdym dniem. I dużo siły i starań muszę włożyć, aby je wszystkie wyprzeć, trudne to, cholernie trudne. Brak empatii i zrozumienia, brak tolerancji i traktowania drugiego człowieka, jak równego partnera, nie jest zgodne z moimi wartościami. Zauważam natomiast spłycenie i zminimalizowanie roli kobiety w naszym kraju a to już wymaga komentarza, bo kto jak kto, ale autorka bloga rozwojowego dla Kobiet ma do tego prawo. Od kilku dni przeprowadzam trudne rozmowy, odbieram smutne maile i przepełnione goryczą wiadomości. Świat zwariował! Ludzie zwariowali. Kiedy byłam dzieckiem myślałam, że pani w szkole powinna być mądrzejsza ode mnie, że ksiądz powinien być ode mnie lepszy a polityk bardziej niż ja, odpowiedzialny. Czy to naiwność, czy rzeczywiście tak powinno być? Teoretycznie tak. Praktyka, kolejny raz, wszystko weryfikuje. Pamiętam jak pojechałam na „wycieczkę” do jednego z wielu ośrodków w Polsce, był to jakiś dom opieki dla dzieci niepełnosprawnych intelektualnie w Grudziądzu, prowadzony przez zgromadzenie sióstr zakonnych. To był pierwszy rok nauki w Studium Pracowników Służb Społecznych w Toruniu. Do Grudziądza nie daleko, ale każda wycieczka cieszyła, autokar wrzał od śmiechu i gwaru, gdzieś w tle słychać było dźwięk gitary. Młodzieńcza radość zginęła wraz przekroczeniem progu domu, gdzie przywitała nas sympatyczna, uśmiechnięta zakonnica. Nie miałam świadomości gdzie tak naprawdę przyjechałam i co to za niepełnosprawność, z którą się miałam zetknąć za parę chwil. Jasne, duże pomieszczenie i dużo białych metalowych łóżek, łóżeczek, trudno dobrać odpowiednią nazwę. Nie widziałam dzieci, barierki były zbyt wysokie, za to słyszałam ich „wycie”, dokładnie tak… takie wycie, które przypominało dźwięki z  poznańskiego Zoo. Byłam przerażona, nigdy wcześniej nie słyszałam nic podobnego. Nie weszłam pierwsza, przepuściłam kilka osób, kolega…zawsze wesoły twardziel …tym razem zbladł. Wychodząc szepnął tylko „nie wchodź tam”. Oczywiście , że weszłam. Oczywiście, że byłam przerażona. W tych łóżeczkach widziałam dzieci z silnym wodogłowiem, rozszczepem kręgosłupa, z jakimiś otworami w czaszce, asymetrią oczodołów i twarzy. Miały zaledwie kilka miesięcy. I tylko kilka przed sobą. Skazane na śmierć, na pewną śmierć, o której wiedziano od pierwszego oddechu na porodówce. To był rzeczywiście straszny widok. Tam nie było płaczu, ani tej atmosfery pełnej radości, która zazwyczaj przepełnia pokój noworodka. Był smutek. Zapytałam jednej z zakonnic gdzie są rodzice tych dzieci, byłam przekonana, że zmarli po prostu, ale nie, usłyszałam, że „się pogubili i je tutaj oddali”. Tyle matek się pogubiło, tylu ojców? – Pomyślałam. I tyle istot cierpi? Czy one wyzdrowieją? Czy będą samodzielne? Czy będą mogły normalnie żyć? Na wszystkie pytania odpowiedź była negatywna. W kolejnych pokojach było tylko gorzej. Zrośnięte siostry z chorobą sierocą, kiwające się w dwie różne strony i dobiegający zewsząd wrzask. Jaki był cel ich istnienia?  Czy tylko po to się urodziły, żeby te cudowne siostry miały co robić??? Czułam złość. Ja. Młoda dziewczyna i jednocześnie przewodnicząca Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży. Paradoks. Czułam złość, że nikt nie zapobiegł tej tragedii. Nikt nie pomógł tym matkom i nie powstrzymał cierpienia i bólu tych istot. To nie były żadne „muminki”, to nie były dzieci z opóźnionym rozwojem, to po prostu były cierpiące istoty pozbawione miłości swoich matek, których nikt nie przystosował do posiadania takiego dziecka, nikt nie pomógł i nikt nie zapewnił odpowiedniej opieki. Co musiała czuć ta matka, dowiadując się z jak poważną chorobą, wydała na świat dziecko. Ja, jak większość matek, po urodzeniu swoich córek, oglądałam je z każdej strony, liczyłam paluszki, modliłam się, żeby urodziły się zdrowe, obserwowałam przez pierwsze dni, czy oczka nie zezują, czy słuch jest dobry.

     To chyba oczywiste, że matka chce urodzić zdrowe dziecko, chce się ze swojego macierzyństwa cieszyć. Nikt nie ma prawa tej radości odbierać. Już dawno wyrosłam z chorej teorii, że cierpienie też ma sens i że chore dziecko przychodzi na świat po coś. Po co do cholery? Po to, żeby zaznać bólu i śmierci?? Po to, żeby zakonnice miały się kim opiekować?? Po to?? Kto ma prawo przywłaszczać sobie decyzję o tym czy chcemy, czy nie chcemy wychowywać i opiekować się chorym śmiertelnie dzieckiem? Kto ma prawo decydować, że jak się spłodziło to trzeba urodzić…bez względu na to, że chwilę po porodzie umrze? Kto ma prawo niszczyć psychikę kobiety, która nosi dziewięć miesięcy pod sercem dziecko skazane na śmierć?? Kto jej pomoże otrząsnąć się z traumy??

    Byłam w tym ośrodku ponad dwadzieścia lat temu. Wydawało mi się, że coś zmieniło się od tamtej pory w medycynie, w ludziach. Wydawało…dobre słowo.  Usłyszałam dziś z ust mężczyzny…takiego w moim wieku, intelektualisty „Wielkie mi halo, urodzi, pochowa i zrobi sobie drugie”. Co Wam się ciśnie na usta?? Grzeczne słowa? Nie sądzę. Nie dziwi zatem fakt ogólnego dialogu, który dudni z każdego kanału telewizyjnego. Zrozumienie, którego brak, empatia, której brak i miłość bliźniego, której brak… to kryje się pod hasłami wszystkich manifestacji. To słabe, że wiele z moich rodaków tego nie rozumie. Być może jeszcze za mało cierpienia, być może za mało poronień i ciąż pozamacicznych, być może za słaby stopień niepełnosprawności w ich rodzinach, w ich domach. Być może za mało słuchali, czytali, nie wiem. Być może będą napawali się radością z każdej ciąży, która matki doprowadzi do depresji, nielegalnych aborcji, samobójstw. A przecież macierzyństwo to taki cudowny stan, dlaczego ktoś próbuje go zamalować na czarno?  

    Kasiu, Beatko, Karolinko, Aniu, Basiu itd. itd. itd.

    Jestem z Wami

  • Wrzosy

    Świat zmierza do równowagi. A Ty, Kobieto Warta Milion? Czy znajdujesz w swoim życiu balans? Potrzebujesz do tego obecności innych kobiet czy działasz solo?

    Dywan równowagi

    Natura nieustannie poprzez pory roku zachęca nas do przeżywania cyklów po raz kolejny. I my się temu poddajemy, hmmm automatycznie. Nosimy odzież dostosowaną do temperatury za oknem, wybieramy aktywności odpowiednie do danej pory roku, czy zmieniamy wystrój naszych balkonów, tarasów lub mieszkań.

    Kilka dni temu pożegnaliśmy wrzesień – most pomiędzy gorącym latem a nostalgiczną jesienią. Okres, kiedy większość letnich kwiatów traci swą urodę. Wtedy na scenę wchodzą wrzosy, rozpoczynając swój barwny festiwal. Pomimo, że są różnorodne kolorystycznie – od czystej bieli, przez fiolet, aż po soczystą purpurę – zachwycają nas w każdej postaci. Nie bez powodu na północy Europy wrzosy są uznawane za magiczne rośliny.

    Leśne połacie fioletu

    Widziałaś kiedyś jeden kwiatostan wrzosu, taki samotnie rosnący? My również nie, bowiem wrzosy rosną w zbiorowiskach. Przypomina nam to starą prawdę, że nikt nie jest samotną wyspą, nie jest samowystarczalny. Zawsze potrzebujemy KOGOŚ. Szczególnie dobrze, harmonijnie nam się wzrasta, kiedy jesteśmy w otoczeniu podobnym do nas. Kiedy otrzymujemy wsparcie, troskę, opiekę i same je dajemy. Odnajdujemy, utrzymujemy wtedy równowagę, lśniąc wewnętrznym blaskiem. To łączy wrzosy i kobiety – potrzeba wspólnoty.

    Małgosia: Nie jestem florystką, ale mam wrażliwe serce i wierzę w moc symboliki. Kiedy patrzę na rozciągające się w lesie połacie fioletowych wrzosów, tworzące piękne dywany, myślę, że mają wiele cech wspólnych z kobietami. Fiolet jest symbolem równowagi, przebaczenia, wielkoduszności i władzy.

    Wrzosy przebywające w naturalnym środowisku są swobodne, niezależne i silne. Występują niemal w całej Europie, ale szczególnym uznaniem cieszą się w krajach północnych: Irlandii, Islandii Szkocji i całej Skandynawii. Te tereny charakteryzuje chłodny i wilgotny klimat, a wrzosowiska są integralną częścią krajobrazu, czasem ciągnącą się kilometrami.

    W Polsce widuję wrzosy nieopodal lasów brzozowych, które również symbolizują kobiecą energię. Otoczone brzozami, wrzosy układają się w dywany równowagi, na którym może spocząć każda zagubiona kobieta. Kobiety-wrzosy otulą swą siostrę ciepłem, dodadzą jej odwagi i ochronią (wedle szkockich legend). W takich warunkach każda białogłowa uspokoi się, odzyska wewnętrzną równowagę i nabierze mocy do działania.

    – Warto wiedzieć, że wrzosów leśnych nie wolno wykopywać i przynosić do domów, bo tego nie przeżyją. W naturze lubią słońce i kwaśną glebę, dlatego możemy jedynie cieszyć się ich widokiem na wzgórzach czy przyleśnych polanach – podpowiada Monika. A jeśli chcemy mieć te magiczne rośliny w domu?

    Wrzosowe kompozycje w domu

    Monika: Sklepy, kwiaciarnie i targowiska obfitują w przeróżne gatunki i odmiany wrzosu. Grupowane w donicach, koszach wiklinowych czy glinianych naczyniach dodają tak wiele nastroju i wprowadzają wczesnojesienny klimat. Te zakupione w doniczkach możemy postawić w dowolnym miejscu. Mimo tego, że są odporne to jednak proponuję owinąć donicę na zimę tak, aby cała bryła korzeniowa nie przemarzła, kiedy przyjdą silne mrozy. Ale to dla ambitnych ogrodniczek, dużo łatwiej jest bowiem kupić wrzosy każdego roku nowe, tym bardziej, że ich cena jest stosunkowo niska. Wystarczy jedna sztuka a w naszym domu zawita ciepło i ten specyficzny klimat. Ja szczególnie lubię takie wrzosowe kompozycje w których grupuję kilka rodzajów i kolorów, bądź mieszam z inną roślinnością, jak chociażby hedera. Jeśli chcemy się cieszyć długo pięknym kolorem nie możemy zapomnieć o podlewaniu, bo najgorsze dla świeżości tej rośliny jest jej przesuszenie. Chyba, że mamy taki plan, bo zasuszone wyglądają równie magicznie.

    Tajemnica magii wrzosów

    Monika: Dobrze jest kupić wrzos sobie samemu a nie liczyć na prezent, ponieważ zakorzeniła się u nas jakaś taka „klątwa”, jakoby wrzos wprowadzał do domu złą passę. Ja nie mam na to żadnych dowodów, jednak doświadczenie we florystyce pozwala mi podzielić się z Wami takim spostrzeżeniem. Ludzie boją się obdarowywać innych wrzosem i choć sami w takie zabobony nie wierzą, to  jednak wolą nie kusić losu. Ja wrzosy uwielbiam i za brytyjska tradycją traktuję je jako symbol szczęścia. A na to dowody mam – siebie samą.

    Małgosia: Przyznaję, że i na mnie wpływa magia wrzosów. W ogóle fiolet jest kolorem, który dobrze na mnie działa. Postanowiłam sprawdzić, o co chodzi z tymi zabobonami, o których mówi Monika.

    Okazuje się, że wrzosy miały niebagatelne znaczenie już da Celtów. Symbolizowały pasję i miłość, uczyły opanowania, a włożone pod poduszkę wywoływały prorocze sny. W Irlandii palono wrzosowe kadzidła, aby przywołać duchy zmarłych. W Szkocji wrzosy uznaje się za symbol wierności złożonym przysięgom, trwałości uczuć  i wrót dla istot nadprzyrodzonych. Skandynawowie zaś te fioletowe kwiaty kojarzą z biedą i śmiercią.

    Pomimo tych „rewelacji” podzielam zdanie Moniki – wrzosy przynoszą szczęście. W moim życiu wszystkie ważne wydarzenia miały miejsce właśnie we wrześniu. Przypadek czy magia wrzosu?

  • Jestem bogata

    Miałam dzisiaj przecudną rozmowę, cudną i inspirującą, choć dla niektórych niezwykłą i mało prawdopodobną. Wiem bowiem, że są przeciwnicy takich metod jak joga, medytacja czy wizualizacja. Ale wiem też, że kobiety, które zadają sobie trud wejścia na strony bloga dla kobiet, chcą się otwierać na to, co nowe, nieznane czy nawet kontrowersyjne. Moja dobra znajoma zaczęła pracę nad sobą, nad swoim spokojem i równowagą wewnętrzną. Jednym z narzędzi tej pracy jest medytacja, dzięki której ćwiczy swój umysł i odzyskuje swoją wewnętrzną równowagę. Kiedy zadała pytania swojej podświadomości na temat pieniędzy, a właściwie sensu dążenia do bogactwa, otrzymała swoją odpowiedź. Zwizualizowała sobie ten stan, kiedy opływa w majątek, jej świat jest wypełniony przedmiotami z najwyższej półki, życie polega na podróżach i przesiadaniu się  z samolotu do limuzyny, opływa we wszystko co najdroższe, co najbogatsze, wręcz obrzydliwie bogate. Widziała to oczami wyobraźni, ale też odczuła, wręcz fizycznie, obsypując się zimnym dreszczem na ciele. Dokładnie tak, jakby ktoś przeniósł ją w ten świat, ten sam, do którego tęsknią właściwie wszyscy, lub duża część ludzi. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale ktoś, kto trenuje swoje wnętrze, korzysta z różnych narzędzi… w ten właśnie sposób odbiera bodźce. I wiecie co….? Ona wcale nie była szczęśliwa, ten świat wcale się jej nie podobał, to po prostu nie było „to”. Uspokoiło ją to w pewien sposób.

    120409536_3610094782358292_1975636799748464541_n

    Obie doszłyśmy do wniosku, że to całe bogactwo, te miliony, do których dążą ludzie skreślając cyferki w kolejnym kuponie loteryjnym, nie są dla każdego. A przynajmniej nie można tego nazwać bogactwem.

    Od wielu kobiet otrzymuję sygnały, jak ich droga życiowa wygląda po „przejściach”, po doświadczeniach życiowych. Ta droga, główna droga, wypełniona jest miłością, empatią, pasją, a wszystkie poboczne drogi, owszem są ważne, ale stanowią pomoc dla drogi głównej. Jedną z tych dróg jest właśnie owo „bogactwo”, za którym biegamy. Jest potrzebne, nawet bardzo, dlatego stabilizacja finansowa, również dla mnie, jest na prawdę istotna. Ale, jak się okazuje, samo bogactwo często nie jest dla każdego, i nie każdy będzie się w nim dobrze czuł.

    120474139_825591998238713_4854933697011524633_n

    Wśród czytelniczek mojego bloga są kobiety, którym pieniądze pomagają realizować marzenia, pomagają w rozwoju swojej pasji, w uczestnictwie w warsztatach, kursach… są po prostu potrzebne i pomocne. Rozmowy z kobietami, wiadomości, które często otrzymuję skłoniły mnie do refleksji na temat największego bogactwa.. tego, które jest w nas samych. W naszych rękach, w głowie, w naszym sercu kryje się takie bogactwo, którego pozazdrościć mogą nam te osoby, u których brak chęci do rozwoju, chęci do nauki, właściwie do czegokolwiek. Nasze bogactwo kryje się w kreatywności i pomysłowości każdego dnia. Znam tak wiele kobiet, wśród Was pewnie też takie są, które mają tyle pomysłów, że życia może zbraknąć. Chcą się rozwijać, szukają nowych rozwiązań, nie ulegają problemom i porażkom, każdy z nich rozwiązują i idą dalej, według swojego życiowego planu. Tak. One są bogate. Kobiety szukające swojego miejsca na ziemi, swoich pasji, czy poznające same siebie.. tak, one są bogate, to bogactwo jest do zdobycia i wcale nie trzeba wysyłać jakiegoś kuponu, wystarczy tylko, lub aż…spojrzeć w głąb siebie, wdrażać w życie nauki i praktyki, które są dostępne dla każdego…w literaturze, w internecie…one są dostępne. Bogata będzie ta, która skorzysta z tych narzędzi, bogactwem tym zarobi pieniądze…te, które są środkiem płatniczym. Bogactwem zdobędzie kwalifikacje, bogactwem nauczy się inwestować i oszczędzać, takiego bogactwa trzeba zazdrościć i do niego dążyć. I takiego bogactwa Wam życzę.

  • Owijamy się

    Ja wiem, że apaszki, chusty czy szaliki można w zasadzie nosić cały rok, no bo nikt przecież nie zabroni. Jednak, ewidentnie – to właśnie jesień jest porą roku, która aż prosi, krzyczy wręcz… zawiąż mnie wkoło szyi! 😊 Taka apaszka, czy szal jest elementem, nie tylko chroniącym nasze gardła przed jesiennym wiatrem, ale także przepięknym atrybutem kobiecości. Nie uważacie tak?  Wystarczy ją zdjąć, założyć, zdjąć… żeby zobaczyć w lustrze, jak zmieniają się rysy twarzy, błysk w oku i kolorystyka cery. Promieniejesz. Jasna sprawa, że samo założenie najpiękniejszej apaszki nie spowoduje, że z minuty na minutę poczujesz się kobieco, ale będzie to na pewno jeden z kroków, aby tak się stało. Praca nad sobą, swoimi wartościami i wewnętrzną siłą może przecież iść w parze z wyglądem zewnętrznym. A o ten, musisz już zadbać sama.

    120535321_1006628429803446_492773446446920364_n
    120373539_329559988365754_1318193980332761770_n
    120352954_355242242507267_9221071380590392217_n

    Te wszystkie kwadratowe lub trójkątne chusty, szale, szaliki, kominy, poncza… mają na celu.. upiększać, dodawać kobiecości, nadawać stylu i …praktycznie – chronić nas przed zimnem. Wiem, że też panowie otulają się chustami i apaszkami, to w końcu oni, jako pierwsi nosili je w drugiej połowie XIX wieku. Bandyci, włóczędzy …sama nazwa z francuskiego oznacza „apache”, czyli złoczyńca, ale to jest blog kobiecy i na kobietach właśnie staram się skupiać, na Kobietach Wartych Milion, choć te apaszki wcale nie muszą być tyle warte.  Są owszem, takie markowe, które kupić możesz za miliony monet, ale jestem pewna, że znajdziesz też takie…na swoją kieszeń.

    120443042_1212508632465547_7429808312796519135_n
    120409909_1190435051339576_2979962388559227651_n

    Znane kobiety, które nosiły apaszki stały się wzorem dla wszystkich innych. Próbowały one naśladować swoje idolki, takie jak  Królowa Elżbieta II, czy moja ukochana Audrey Hepburn, które z elegancją prezentowały te małe, trójkątne chusteczki, wiązane w supełek na szyi.  Ja, sama, bardzo lubię je nosić i gdy tylko poczuję chłód wrześniowego poranka wyciągam z szafy, co tylko mam. Jestem również pełna podziwu dla kobiet, które tak chętnie podzieliły się swoimi zdjęciami do tego artykułu. Po co sięgać po jakieś modelki, skoro w grupie Kobieta Warta Milion na facebooku tyle „modelek” 😊Mam więc pełną galerię zdjęć z różnymi kobietami, szalami i apaszkami. „Normalnych” kobiet. Takich, które mijasz na ulicy, siadasz obok nich w tramwaju, czy stoisz razem w kolejce do mięsnego.  One również podzielają moją miłość do szali, kominów i apaszek, noszą luźno puszczone lub zawiązane w supełek. Owijają szal wokół szyi lub fikuśnie zahaczają o guzik płaszcza.

    120359394_332521034640864_1555894919976887164_n
    20200925_104505

    Dla jednych kolor i wzór nie mają znaczenia, inne dobierają kolorystycznie torebkę lub buty do kolorystyki szalika. Są więc szaliki barwne i w ostrych, eklektycznych kolorach, są ręcznie dziergane i takie, które mają swoją historię, ale są też, zupełnie przypadkowo, wyciągnięte z szuflady i bezładnie zarzucone na szyję. Jedne są jedwabne, inne z bawełny czy kaszmiru, z drogiego, markowego sklepu czy z lumpeksu za rogiem, ale wiecie co? Najważniejsze, że są i że pasują, bo tak naprawdę pasują każdej z nas i w każdej sytuacji. Zauważyłam jednak, że tak samo, jak każda z nas jest inna, tak samo, potrzebuje innej apaszki. Takie kolorowe, jedwabne szaliki pasują do jednej kobiety bardziej, do innej mniej. Ciepłe poncza, które wprowadzili do świata mody Indianie z Ameryki Południowej, bardziej mi pasują do jednej kobiety a innej sobie w nich nie wyobrażam. To chyba trzeba „wyczuć”, wypróbować na sobie samej. Ja Was zachęcam do noszenia tych małych detali kobiecego stroju, bo dzięki nim zmienia się nie tylko wygląd zewnętrzny kobiety, ale także to, co w głowie, to co same o sobie myślimy. Taki szczegół, „mała rzecz”, a zmiany może przynieść kolosalne. Jeśli do tej pory nie nosiłaś to spróbuj, a jeśli nosisz, noś je z dumą i radością, a może spraw sobie tej jesieni jakieś nowe szaliki czy apaszki,  czuj się jak gwiazda, bo jesteś gwiazdą prawda?

    120421744_778294442954001_5362907505108307511_n
    120416130_646973672906937_4958210474226421689_n
    120517241_246777650090559_5079742605531172363_n
  • „EGO-LOJALNOŚĆ”

    "Jeden lojalny przyjaciel jest wart dziesięciu tysięcy krewnych"
    (Eurypides)

    Lojalność… temat, który pojawił się w ostatnim czasie w trakcie instagramowych dyskusji, obecny był przez kilka dni, ku mojej ogromnej radości. Trudny bardzo temat. W pierwszej chwili skojarzenia były dla mnie oczywiste. Bo lojalność to przecież taka dobra cecha, szlachetna i wartościowa, no i w ogóle…wypada być lojalnym. Tymczasem to wszystko zależy od poziomu, z którego ową lojalność obserwujemy, od sytuacji w jakiej się znajdujemy, czasu itd. itd. Bycie lojalnym w stosunku do kogoś to, moim zdaniem, po prostu bycie w porządku. Jeśli np. zachowujemy się w określony sposób wobec swojej koleżanki, to tak samo wypadałoby się zachowywać, kiedy grono koleżanek i kolegów  jest większe. Jeśli ta koleżanka jest obrażana czy obgadywana to wypadałoby ją bronić lub opuścić towarzystwo. To jest dla mnie lojalność.

    119793256_623800254991265_7715039939853374496_n

    Wiele jest takich przykładów, jednak  odważę się na stwierdzenie, że lojalność to cecha, która wymiera. I na próżno czekać na jej zmartwychwstanie. Świat się zrobił taki trochę „ego”, my też jesteśmy „ego”. I nie ma się czemu dziwić, gdyż wszędzie dookoła słyszymy, że trzeba być w porządku dla samego siebie, że trzeba skupić się na sobie i na swoim tyłku, skoncentrować na swoich potrzebach i celach. Przyznam się Wam szczerze, że ja na swój tyłek spadłam, przez lojalność właśnie, kilka, jak nie kilkanaście razy. Tak, nie mylę się. Kiedy byłam lojalna wobec szefa i nie odchodziłam do innej firmy, mimo lepszych warunków, po kilku miesiącach nie byłam wcale – lojalnie- potraktowana w obliczu redukcji etatów. Kiedy wstawiłam się – lojalnie- za koleżanką w pracy, a po jakimś czasie ta sama koleżanka, wykosiła mnie z mojego stanowiska to też nie odczułam lojalności z jej strony. To był bolesny upadek. Oj! Każda z Was ma na swoim koncie dużo takich „kontynuacji” swojej lojalności. Czy zatem warto być lojalną kobietą? Ja Wam na to pytanie nie odpowiem, ale na osiem zapytanych kobiet …osiem odpowiedziało NIE.

    119732595_2367761856852080_9058849154162332613_n

    Moim zdaniem jasnej i jednoznacznej odpowiedzi nie ma. Bo czy żyjemy w świecie, w którym lojalność jest jedną z podstawowych cech? Czy władza jest lojalna wobec obywateli? Czy obywatele są lojalni wobec samych siebie? Czy dzieci są lojalne w stosunku do rodziców a rodzice w stosunku do nauczycieli? Delikatnie stwierdzę, że chyba nie do końca, biorąc pod uwagę przekręty wśród elit rządzących, obrzucanie się błotem wśród ludzi każdego dnia, pedofilię w kościele czy przemoc domową. Wszystko to przekreśla lojalność grubą krechą. W świecie bez rycerzy, bohaterów i narodowych siłaczek na prawdę trudno takiej lojalności od kogoś wymagać. Piszę to z pełną odpowiedzialnością, tuż po rozmowie z kobietami, które doświadczyły efektów swojej lojalności, negatywnych efektów.  Pomagamy, współczujemy, oddajemy serce a potem…dostajemy w dupę. To daje tzw. nauczkę i kolejny raz poważnie zastanawiamy się czy pomóc, czy być lojalną.  Tak, jak pisałam na początku… trudny temat. Och, ja oczywiście chciałabym, aby lojalność gościła w sercach naszych i dzieci naszych, wnuków naszych, ale…..czy to jest w ogóle możliwe? Z całą pewnością mogę natomiast stwierdzić, że lojalną trzeba być, przede wszystkim, wobec samej siebie. Trzeba być odpowiedzialną za swoje słowa, czyny i żyć  w zgodzie ze swoimi wartościami. Prawdopodobnie każda z Was czuje gdzieś głęboko w sercu kiedy nadchodzi ten moment, że robimy coś…nieetycznego, coś co jest przekrętem, świństwem, takim nie do końca „dobrym uczynkiem”. I tylko my same możemy podjąć decyzję czy brnąć w to czy też wycofać się na starcie. Jeżeli bycie lojalnym wobec kogoś innego wzbudza u Was takie same kontrowersje jak u mnie, to może warto skoncentrować się na swojej lojalności – wobec samej siebie, na takiej „ego lojalności”…ona jest jak najbardziej na miejscu.

  • Złota rada, czyli sen dobry na wszystko

    Jeśli masz poczucie, że Twoje życie przepływa ci przez palce jak woda, nad którą nie jesteś w stanie zapanować to pocieszę Cię, nie jesteś sama. Tak, wiem, marne to pocieszenie. Uświadomić Cię jednak może, że to nie jest nic nadzwyczajnego, ale też, że można taką sytuację zmienić. No, chyba że sama się na to godzisz. I tu już muszę Cię zmartwić, bo życie nie przepływa Ci przez palce bez Twojej zgody. Wręcz przeciwnie. Dajesz na to swoje przyzwolenie. Często przyciągając złe myśli, często nie robiąc nic, a nawet odsuwając od siebie jakieś okazje, szanse na życie aktywne, pełne działania i radości. Wiem, brutalna to prawda. Też tak kiedyś miałam. Pozwalałam swojemu wewnętrznemu trollowi na to, aby panoszył się w moim życiu i tak robił. Życie z dnia na dzień bez planów, marzeń, wyzwań dawało mi poczucie tzw. bezpieczeństwa. Okazało się później, że to ułuda, w którą sama siebie wkopałam.

    DSCN8330 (2)

    Nam się tylko tak wydaje, że coś robimy, działamy, że przecież każdego dnia wykonujemy jakieś czynności. No właśnie, jakieś. Jeśli przyjrzymy się swojemu życia z bliska i rozłożymy każdy dzień, niczym pod mikroskopem, na czynniki pierwsze, zobaczymy co tak naprawdę robimy. Czym zajmujemy się przez większość dnia, czy to, co robimy sprawia nam radość, czy jest wartościowe i czy my tak naprawdę tego właśnie chcemy. Wiem, że wiele kobiet, które zaglądają na mojego bloga to bardzo wartościowe osoby, często doświadczone życiem, przeżyciami, szukające motywacji i inspiracji. Szukanie to już jest taki mały kroczek do trzymania swojego życia w ryzach. Tego jestem zwolenniczką. Nie widzę nic złego w życiu na własnych zasadach, nawet jeśli nie ma ono zasad, nawet jeśli przepływa przez te palce, o których wspomniałam. Jednak ja …ja tak nie chcę. Nie chcę żyć w apatii, poddana losowi i temu co mi przyniesie każdy kolejny dzień. Dlatego motto „moje życie w moich rękach” w tym kontekście biorę właściwie bardzo dosłownie. Staram się żyć w jakiejś ramie, staram się czuć, że mam na nie wpływ. Staram. Bo to ciągle dążenie do takiej sytuacji, dlatego jest w moim życiu jeszcze dużo miejsca na nową wiedzę, na nowe umiejętności. Zdaję sobie sprawę z tego, że daleko przede mną ideał. Dążenie do niego to długa ścieżka, która sprawia, że moje życie staje piękniejsze, bardziej cenne. Dzieje się tak za sprawą „małych rzeczy”, „drobnych zmian”, które wprowadzam w życie. Po kolei, po trochu, dozując je sobie sama. Nie dla kogoś, ale dla samej siebie. Nie, żeby zrobić komuś dobrze, ale żeby zrobić dobrze sobie. Bo to ja jestem źródłem radości dla innych. Jakie to oczywiste. A jak często o tym zapominamy. Zapominamy, że to my sami mamy największy wpływ na nasze życie, na nasze samopoczucie, na to co robimy, myślimy. Bo jesteśmy DOROSŁE, bo jesteśmy ODPOWIEDZIALNE. Wystarczą te dwa słowa, żeby zrozumieć jak ważne jest podjęcie decyzji o tym, czy marnować swoje życie czy nie.

    118762442_1432006030327728_6260873833023744709_n

    Jest wiele różnych metod na to, aby żyć w zgodzie ze sobą, z szacunkiem do siebie. Można je wszystkie dostosować do swojej osobowości, charakteru, do upodobań. Moim zdaniem najważniejszy jest jednak SEN. Takie krótkie, proste słowo. Niedoceniany, traktowany po macoszemu, a może tak bardziej zwyczajnie, bez entuzjazmu. Tymczasem jakość snu, jego higiena i regularność owocuje kolejnego i kolejnego dnia. Sprawia, że życie ma jakiś rytm, ma swój podział czasowy. Sen stoi u podstaw naszego samopoczucia. Od niego zaczyna się dzień i nim się kończy. Jak więc nie zacząć od podstaw?  Nie wiem jak Wy, ale ja, kiedy jestem niewyspana to chodzę rozdrażniona, poirytowana i mało produktywna. Wkurzam się wtedy na siebie, że poszłam spać zbyt późno a skutkiem tego jest właściwie cały dzień do kitu. Wiem, że niedobór snu skutkuje u innych poczuciem głodu, stresem, podwyższonym ciśnieniem krwi. Również brak koncentracji, wdrażania nowych pomysłów albo brak kreatywności może być  skutkiem małej ilości snu, bądź snu złej jakości. Bagatelizujemy to. A tymczasem nasz organizm rządzi się swoimi prawami, czemu zatem odbieramy mu te prawa? Czemu działamy wbrew sobie? Kiedy ja ustaliłam swoje godziny spania oraz ich ilość, zauważyłam jak bardzo mój organizm tego potrzebował. Obserwowałam siebie, kiedy muszę się budzić bo trzeba iść do pracy? Ile godzin spania potrzebuję, żeby normalnie funkcjonować , a co za tym idzie, o której muszę się położyć, żeby zasnąć. Wprowadziłam wyciszanie się przed snem oraz regularne stosowanie swoich planów w praktyce. Bo plany można mieć dalekosiężne, ale praktyka zazwyczaj gości u nas kilka dni. Błąd okrutny.

    Zdjęcie0452

    Ty wiesz sama najlepiej, ile snu potrzebujesz, wiesz o której musisz wstać rano, żeby wykonać swoje zadania, obowiązki. I Ty sama najlepiej wiesz, kiedy powinnaś się położyć. Czy dobrze znosisz spanie w ciemnościach, czy przy nocnej lampce, czy bardziej może przy migającym ekranie telewizora. To wszystko zależy od Ciebie. Wiedz jednak, że jest to szalenie ważne. Z takich małych kamyczków zbudowany jest sukces człowieka. Często szukamy, pytamy, liczymy na złote rady a to jest właśnie jedna z takich rad. Mała, maleńka, a jaka ważna. Żeby odnieść jakikolwiek sukces trzeba mieć kontrolę nad swoim życiem. Człowiek, który nie potrafi poddać się dyscyplinie spania, nie będzie w stanie kontrolować wielu innych rzeczy. Dzięki kontroli nad swoim życiem, dzięki regulowaniu swojego dnia masz sprawczość, masz władzę. Znasz siebie samą i wiesz, czego potrzebujesz, wiesz, że masz podstawy do działania. To działanie daje ci zadowolenie z siebie, aktywność i moc a co za tym idzie SZCZĘŚCIE. Czego chcieć więcej? 😊

  • Rozwiązać sznury, czyli po co mi ta asertywność.

    Jak ta asertywność zaskakuje ludzi. No, powiem Wam, niesamowicie. Ale to tak jest, jak się innych przyzwyczai do pewnych zachowań  a potem stawiamy ich przed jakimś zaskakującym wyzwaniem. I nie ma co się złościć, najlepiej to po prostu zrozumieć. Może troszkę ich do tego przygotować i małymi kroczkami pokazać, a właściwie dać do zrozumienia że od dziś już nie będzie tak jak zawsze. Bardzo dużo w sieci ostatnio o tej asertywności czytasz i już nawet wiesz o co chodzi i z czym to się je, ale jakoś trudno wdrożyć w życie te wszystkie zasady, sposoby, te słowa magiczne,  które mają Twoje życie zmienić o sto osiemdziesiąt stopni  i spowodować,  że Twoja asertywność będzie miała zbawienne skutki. No łatwe to nie jest. Ja nie jestem specjalistką w tej dziedzinie i nie będę się wymądrzać, że należy postępować tak czy inaczej. Nie będę nikogo szkolić, bo są od tego specjaliści. Wszystkich łatwo znajdziesz w internecie. Ja tylko zapewnię Cię dzisiaj, że można. Że warto. Że dzięki temu, że  staram się być asertywna, staram się świadomie określać swoje zdanie, mam do siebie większy szacunek. Bo o to chyba najbardziej chodzi w całej tej asertywności. O szacunek. Zarówno do siebie jak i innych.

    118598345_306117430843198_3259666044879261523_n

    Każda z Was miała na pewno w swoim życiu taką sytuację, w której nie zachowała się asertywnie. Jak sądzę niektóre z nich pojawiają się do tej pory. Jeśli tak nie jest, to gratuluję i zazdroszczę poniekąd bo ja ciągle nad tym pracuję. Spotykam się z własnym brakiem asertywności w różnych sytuacjach, wśród różnych ludzi. Jakieś zawiłości rodzinne, przyjacielskie, czy zwykłe sytuacje dnia codziennego, jak chociażby pan w warzywniaku, który za każdym razem pyta czy może być mi winien 2 grosze. Ile razy w ciągu miesiąca można się na te 2 grosze zgodzić? 8? Można. Do czasu, aż powiesz „tak, ale na jutro proszę przygotować cały dług, bo na pewno przyjdę po te pyszne pomidorki”. No szok i niedowierzanie w oczach pana z warzywniaka nie do opisania. I wiecie doskonale, że to nie chodzi o te kilka groszy, ale o sam fakt, że pewne zachowania nie powinny mieć miejsca, że nie można przeginać w żadną stronę, mało tego – „wypada” szanować klientkę.

    118631656_628256501398227_5976134785465135585_n

    Szacunek.

    To takie ważne słowo, które dla nas, kobiet pielęgnujących swoją wartość, jest kluczowe. Ten przykład z warzywniakiem to oczywiście tylko przykład, ale podobnych sytuacji jest w naszym życiu naprawdę wiele, czasem krążących nawet wokół jakiś drastycznych  scen pełnych przemocy, braku kultury lub poniżania.

    Ja, na sobie przetestowałam kilka metod wprowadzania asertywności w swoim życiu. Oj, różnie bywało. Zazwyczaj źle bywało. Albo asertywność zamieniałam w agresję, albo odwrócona plecami zalewałam się łzami pełnymi wyrzutów sumienia, albo w ogóle rezygnowałam, bo nie dawałam rady. To nie jest takie proste, samo zrozumienie czym jest asertywność, kim jest osoba asertywna. Nie jest proste, ale naprawdę – kobiety -można się tego uczyć. Jak wszystkiego w naszym życiu. Pamiętam, jak wiele lat temu na zajęciach z psychologii usłyszałam, że asertywność to umiejętność mówienia „nie”. Dziś się z tego śmieję, bo rzeczywiście tego typu definicje doprowadziły do wielu przykrych sytuacji, do rozwalenia relacji, do tragedii. Dziś jest tak wiele osób, które w profesjonalny sposób wytłumaczą jak być asertywnym, jak być przy tym szczęśliwym, odpowiedzialnym i traktować innych i siebie z szacunkiem, że grzechem jest nie korzystać z ich wiedzy. Nie będę tu nikogo reklamować, choć mam swoje ulubione asertywne istoty w cudowny sposób głoszące swój asertywny głos, ale wystarczy kliknąć w klawiaturę i znajdziecie to, co Wam odpowiada. Ja Was mogę do tego namówić, zachęcić. Bo nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, ile dobrego niesie odpowiednie komunikowanie swojego zdania, swoich decyzji. Nie wiedziałam, że bycie asertywnym może kończyć się dobrze, może przynosić pozytywne skutki, a przy tym nie ranić nikogo. Wprowadzenie dobrej asertywności zmieniło moje wyrzuty sumienia w ogromną satysfakcję i teraz nie ma łez, tylko szczery śmiech i zadowolenie z samej siebie oraz z tego, że nikogo nie skrzywdziłam.

    Słyszę od kobiet, że boją się, wstydzą powiedzieć, co tak na prawdę czują, co myślą, jakie mają plany życiowe albo marzenia. To właśnie przed tym wszystkim asertywność może je uchronić. I nie mam wcale zamiaru nawoływać do zbiorczej parady, która krocząc od kolejnego poranka każdemu, kogo tylko spotka na swojej drodze wygarnie to czy tamto. To byłoby zbyt proste a przy okazji mijające się z szacunkiem. Cała trudność bowiem polega na tym, aby nie krzywdząc nikogo żyć zgodnie ze swoimi zasadami i wartościami. Beata, którą znam od kilku lat ma taki problem z okazywaniem swojej wiary. Jest osobą wierzącą, czynnie uczestniczącą w życiu kościoła, ale prawie nigdy o tym nie mówi. Jak sama twierdzi „dzisiaj nie jest to mile widziane” i najzwyczajniej w świecie się tego wstydzi. Karolina zdaje sobie sprawę z tego, że obowiązki, które wykonuje w pracy daleko odbiegają od tych, które ustalała z szefem na początku. Nie chce ich wykonywać, ale „boi się utraty pracy”, więc siedzi cicho. Nauka asertywności jest im potrzebna. Jest potrzebna mi i Tobie, bo rozwiązuje sznury, w jakie same siebie wplątałyśmy. Z tych sznurów naprawdę można się uwolnić, ale trzeba dać sobie samej na to przyzwolenie. I do tego Was dzisiaj zachęcam.