• Nasza grupa

    Ponad dwa lata temu stworzyłam na facebooku grupę „Kobieta Warta Milion”. Po co? Po to, żeby mieć kontakt z kobietami dla których piszę, robię to przecież nie tylko dla siebie. Chciałam znać ich opinie o moich artykułach, czy się ze mną zgadzają czy nie. Jakie jest ich spojrzenie na świat, który nas otacza. Każda z nas przecież jest inna i każda niesie inny bagaż doświadczeń. To dla mnie ważne, żeby mieć jakiś odnośnik, jakiegoś odbiorcę. Nie sądziłam wtedy, że z biegiem czasu tak wiele z tych kobiet poznam osobiście i będę miała z nimi tak bliski kontakt. Internet to nie tylko śmieszne zdjęcia, cytaty czy konkursy i ankiety. To przede wszystkim „obecność”. Tak, jest bardzo ważna. Nawet jeśli nie każda z członkiń grupy  i nie zawsze, wchodzi w jakiś post i nie bierze czynnego udziału, w tym co publikuję, to wiem, że jest gdzieś tam daleko, lub całkiem blisko. Poczucie, że nie jesteśmy same jest przecież bardzo ważne. Kiedy kobiety piszą, że mi dziękują, że jakiegoś kopa dają im moje wpisy lub artykuły, do których je często odsyłam, że osiągają pion w swoim życiu, to jest to dla mnie znak, że warto, że to wszystko ma sens. A świat jest przecież pełen ludzi tak mało życzliwych, obserwujących jedynie porażki i upadki, ludzi, którzy zamiast dopingować ciągną w dół, w tym też kobiety. Głęboko jednak wierzę w to, że dobra energia będzie miała większą moc i większy zasięg, dlatego każdego dnia jestem obecna i czuję te obecność z drugiej strony.

    Są to kobiety w różnym wieku, z różnym doświadczeniem zawodowym, posiadające lub nie – mężów, dzieci, majątek duży lub mały. W obliczu poważnych problemów lub małych radości, to wszystko nie ma znaczenia. I to jest dla mnie piękne. Bo uczucia, lęki, dylematy czy rozterki, takie nasze..kobiece są  wspólnym mianownikiem.

    Bycie w grupie na Faceboku nie oznacza wcale utożsamiania się z nią. Wiem, co mówię, bo do wielu grup należę bądź należałam i nie w każdej odnalazłam to, czego szukałam na początku. To nie jest takie oczywiste, że zapisując się do jakiejś grupy zostaniemy tam na dłużej. Po drodze nie spełnia ona naszych oczekiwać, nie zgadzamy się z jej profilem lub po prostu wieje od nich nudą. Ja odnoszę wrażenie, że kobiety na mojej grupie lubią po prostu tam być. Dzięki mojej pracy i zaangażowaniu czuję ich obecność przez ekran smartfona, czuję ich otwartość na to, co im proponuję. Wiem, że bez tego grupa by nie istniała, dlatego te dwie strony internetowego medalu świetnie współpracują ze sobą, za co im dziękuję i gratuluję.

    Dziękuję, że jesteście.

  • Usprawiedliwienie na gwałt

    Niejaki pan Jerzy P. stwierdził, że „okazja czyni gwałciciela”. Wcale by mnie to nie zdziwiło, gdyby był to jakiś przygłupi gbur spod budki z piwem, ale to psychiatra sądowy, który swoje opinie wyrażać się odważa w ogólnopolskiej stacji telewizyjnej. Jakiś inny „dziad”, również w eterze, głosił tezę, że „gwałt małżeński to fanaberia feministycznych kobiet”. I dochodzą każdego dnia do nas informacje, że jakieś tam sprawy są w toku, że pojawiły się zarzuty, świadkowie, ale… wiecie co… to się nie skończy. Zawsze znajdzie się jakiś „dziad”, który takie szowinistyczne mądrości będzie odważnie artykułował gdzie popadnie. Słyszymy potem wyjaśnienia, że „wyrwane z kontekstu”, że „nie to autor miał na myśli”.

    Otóż GÓWNO PRAWDA !!!

     Dokładnie to miał na myśli i nic mu się nie wyrwało. Takie teorie gnieżdżą się w jego głowie a język tylko je wypowiedział.

    1627112855733

    Nie dotyczy to oczywiście tylko i wyłącznie mężczyzn, o nie. Są przecież kobiety, które zakodowane mają w głowie, że sex małżeński to „obowiązek”, sama słyszałam na własne uszy. Słyszałam, że „trzeba przecież dać, jak mąż chce”.

    Są takie kobiety, którym „wyrwie się z kontekstu”, że „sama chciała, sama się prosiła, była pijana, albo miała zbyt wyzywający strój”.

    Nie dziwi zatem fakt, że aż 30% Polaków i Polek uważa, że w niektórych przypadkach gwałt może być usprawiedliwiony – tak mówią badania, które opublikowała Komisja Europejska. Od samego pisania, już czuję, jak siwieją mi włosy na głowie. Tym czynnikiem usprawiedliwiającym jest właśnie zbyt prowokacyjne zachowanie, strój, dobrowolne zaproszenie potencjalnego gwałciciela do domu, albo odwiedzenie jego samego, alkohol, pod wpływem którego znajdowała się kobieta, lub…bycie ŻONĄ.

    Też Wam się zbiera na wymioty? Bo mi bardzo. Za każdym razem czuję obrzydzenie do wszystkich, którzy wygłaszają takie tezy. Zapominając o jednym najbardziej wymownym słowie we wszystkich językach świata – NIE.

    1627112887790

    „A co mam zrobić, kiedy on mi grozi, że wyrzuci mnie z domu? Gdzie mam iść? Pod most? No to idę z nim do łózka, nawet wtedy, kiedy nie chcę, nie mogę, nawet jak mnie boli, a boli. Leżę cicho, żeby synka nie obudzić. M.”

    „Boję się go po prostu. Kiedy przychodzi wieczór piję jakikolwiek alkohol, wtedy mniej boli. A potem płaczę, jak on zasypia. Nie chciałam takiego życia. K.”

    „To nie jest zły człowiek. Może ze mną coś jest nie tak, że tak ciągle nie chcę. Przecież to mój mąż. Gdzie ma iść? Nie chcę, żeby mnie zdradzał E. „

    Cała masa takich zdań towarzyszy rozmowom i mailom, które do mnie docierają. To nie jest problem jednostki, to nie jest sprawa, która dotyczy jednej, czy dwóch kobiet w Twoim mieście. To problem bardzo duży. Nie wiem na ile to może być pocieszające, ale jeśli dotyczy to Ciebie, to wiedz, że nie jesteś sama, bardzo wiele Polek regularnie jest gwałconych przez bliskie osoby. Wiedz też, że to nie jest normalne. Jeśli to zrozumiesz, to już pierwszy krok za Tobą.

    Co z tym zrobić? Chciałabym napisać, że nie ma takich korzeni w lesie, których nie da się przeskoczyć, że nie ma takich gór, których nie da się pokonać, ani rwących rzek, których nie da się przepłynąć, czyżby? Myślę, że ludzie z takim zaśmieconym umysłem zawsze byli, są i będą. Zarówno sprawcy, ofiary jak i Ci najbardziej  mieszający w tym całym, brudnym, systemie – usprawiedliwiający. Mało jest takich problemów społecznych, które są dla mnie tak jasne i klarowne jak ten, naprawdę mało. Bo dla mnie sprawa jest prosta i czarno biała. Dla gwałtu USPRAWIEDLIWIENIA po prostu NIE MA.

    Czytając o takich problemach, obserwując je w telewizji, słuchając  kobiet, które znam osobiście utwierdzam się w przekonaniu, że praca nad poczuciem własnej wartości przynosi kolosalne korzyści. Wszystkie bowiem osoby, o których pisałam wcześniej, miały z tym przecież problem. O ile przypadkowy gwałt na ulicy, czy w parku może spotkać kobietę, która swoje poczucie własnej wartości ma wysokie, o tyle uleganie regularnym gwałtom bliskiej osoby  ..brata, ojca, wujka, męża…zasługują na skupienie się na sobie. Tak, na sobie. Twoja wartość Agnieszko, Kasiu, Justyno…. To podstawa Twojej równowagi, podstawa człowieczeństwa. To ona postawi Cię na nogi, na obie nogi. Choćby zebrał się sztab psychologów, terapeutów i innych mądrych głów i przekonywał Cię, że to jest złe i że wcale nic nie „musisz”, że nie zasługujesz itd. Itd. To nic się nie zmieni, jeśli Ty sama nie dostrzeżesz w sobie kogoś ważnego, najważniejszego w swoim życiu. Samej siebie. Warto się nad tym pochylić i zacząć pracę nad sobą już dziś, bo każdy dzień zwłoki osłabia Ciebie i Twoją siłę, a przecież ona gdzieś tam głęboko w Tobie drzemie, drzemie w każdej z nas. Daj sobie szansę i zacznij żyć w zgodzie z samą sobą. Wiem, że to potrafisz.

  • Posadzić drzewo

    Jakże często życie podrzuca nam, mniej lub bardziej subtelnie, kłody pod nogi. Jakże często stawia nas przed wyborem, przed podjęciem decyzji, przed wyrażeniem opinii. I ja myślę, że jest to po coś. Że to nie dzieje się tak, że ten świat jest zły, że nasz los „już taki jest”, albo mamy pecha. Tylko takie momenty budzą nas z „rutynowego letargu”. Oczywiście myślę tak teraz, po przeskoczeniu wielu tych ogromnych kłód, podjęciu trudnych decyzji i wymuszeniu na sobie samej wyborów, co do których nie byłam do końca przekonana czy są słuszne. Z perspektywy czasu wszystkie te momenty stają się bardziej klarowne i bardziej… proste. To daje nadzieję, wszystkim tym, które dzisiaj stają przed trudnym wyborem, które myślą, że znalazły się w „czarnej dupie życia”, że są w jego najgorszym momencie. Mi takie myślenie pomaga. „Za jakiś czas okaże się, że to wcale nie jest takie trudne”.

    Te „zwroty akcji”, które mam na myśli, są niczym innym jak zmianami – takie popularne to słowo się zrobiło, z racji tego, że zaczęłyśmy coraz mniej się ich bać. Mam na myśli kobiety, które zdobywają świat, które podejmują decyzje, o które same wcześniej by się nie podejrzewały, które wreszcie stawiają sobie, otoczeniu i ŻYCIU swoje własne warunki. Wiecie doskonale, że te zmiany bywają tworzone przez nas same, są rezultatem podpowiedzi innych osób, albo wręcz podrzucane nam przez los, tak, że trudno jest się im sprzeciwić. Bo zmiany nie zawsze są łatwe i przyjemne, nie zawsze też są przez nas wyczekiwane. Kiedy nagle otrzymujesz wypowiedzenie z pracy i z dnia na dzień tracisz dochód, który potrzebny Ci jest na przeżycie od pierwszego do pierwszego, albo kiedy właściciel mieszkania, które wynajmujesz oświadcza Ci, że masz tydzień na wyprowadzkę bo mieszkanie zajmie jego córka z mężem. Taka „kłoda” spada na Ciebie jak grom z jasnego nieba. Czujesz bunt, niepewność, niesprawiedliwość, strach…. Tak. To on towarzyszy zmianom najczęściej. I to bez względu na to, czy są one skrupulatnie zaplanowane czy są właśnie takim „gromem z jasnego nieba”. Oczywiście tym drugim dodatkowo towarzyszy refleks podejmowania decyzji, pobudzenia w głowie nowych pomysłów, wykreowania nowych rozwiązań, szukania nowej pracy i nowego mieszkania w szybszym tempie. Ale strach jest zawsze tam, gdzie zmiana.

    1624728499168

     

     Każdej zmianie pracy w moim życiu towarzyszył strach. Tej nagłej i tej zaplanowanej. Bałam się nowego miejsca, nowych ludzi, siebie się bałam, czy sobie poradzę, czy ja to w ogóle potrafię. Bałam się zostać matką, czy spełnię się w tej odpowiedzialnej roli, czy będę dobrą żoną, bałam się wyruszyć w pierwszą samodzielną daleką podróż, bałam się jaki odbiór będzie miał mój blog i bałam się wystąpień publicznych… jak diabli się bałam. Wielu zmian nie podjęłam, były takie przed którymi uciekłam, zrobiłam unik i schowałam się pod kołderką stabilizacji. Jednych żałuję innych nie, ale ciągle wiem, że wiele jeszcze przede mną. Zarówno zmian jak i lęku, który będzie im towarzyszył. Są też takie zmiany, których nie boję się w ogóle. Dziś się nie boję. To ludzie…rozmowy z nimi. Ja to po prostu uwielbiam. I nie zawsze tak było. Nie urodziłam się taka wiecie, hej do przodu i komunikacja z ludźmi to nie był dla mnie chlebek powszedni, którym karmiłam się każdego dnia. Nie. Pokonywałam strach związany z rozmowami z nowo poznanymi ludźmi, bo bałam się…choć nie bardzo wiedziałam czego. Oczywiście dziś już wiem, przepracowanie tych momentów w mojej głowie oraz praca nad poczuciem własnej wartości otworzyły mi oczy na ten „głupi” i bezpodstawny strach. Czy na pewno „bezpodstawny”? Podstawy przecież były, a właściwie jedna  – brak poczucia własnej wartości. No bo jak być odważną w rozmowie z innymi, skoro tej odwagi brakowało od środka, skoro  siebie stawia się o kilka poziomów niżej i chowa pod płaszczykiem „gorszości”. To zawsze będzie trudne i związane ze strachem.

     U mnie strach wiązał się z obawami przed brakiem kontroli nad tym, co nowe, nie znane, to stare było znane. Czasem nie korzystne dla mnie, czasem krzywdzące, a czasem po prostu nudne, ale było znane. Rozmawiałam kiedyś z kobietą, która po wielu latach uwolniła się ze strasznie toksycznego związku, pełnego bólu i przemocy. Jej trwanie… latami trwanie… przy facecie, który znęcał się nad nią i synkiem było spowodowane strachem o inny dzień, bez niego. Z jednej strony chciała tego, wyobrażała sobie jak to będzie, marzyła o spokoju, ciszy w domu i pełnych miłości oczu synka, wpatrzonych w szczęśliwą matkę, ale z drugiej strony bała się, że …… będzie jeszcze gorzej niż do tej pory. I trwała tak, kolejny rok i kolejny. Przyzwyczaiła się do stanu w jakim trwała, towarzyszyły jej same złe emocje i niskie poczucie własnej wartości i to ono blokowało ją przed podejmowaniem decyzji o samej sobie, o dziecku, które przecież kochała.  To takie „życie przez zasiedzenie”, z przyzwyczajenia. Była przekonana, że lepsze jest znane piekło niż nieznany raj. Potrzebowała impulsu, momentu tzw. przejrzenia na oczy i pokonania potwornego strachu.  Doszła do tego po wielu latach, nawet kiedy już została sama, tęskniła do  koszmaru w którym było jej źle, ale go znała. Strach nie bierze się przecież z tego co znamy, tylko z tego co jest niewiadomą. Nad niewiadomą ciężko jest mieć kontrolę. A kontrola z kolei jest dla nas wszystkich prawdopodobnie jednakowo ważna. Lubimy wiedzieć co nas czeka kolejnego dnia, lubimy wiedzieć ile nam zapłacą za wykonaną pracę, lubimy wiedzieć gdzie są nasze małe dzieci, lubimy wiedzieć którym pociągiem dojedziemy do celu  itd. Itd. Lubimy być pewne, lubimy mieć kontrolę bo ona daje nam spokój. A nad nową sytuacją kontroli może brakować, dlatego siedzimy w chorym związku, w którym nie chcemy być, pracujemy latami w miejscu w którym nie chcemy być i robimy coś, czego naprawdę nie chcemy robić. Nie bez powodu wspomniałam o zmianie zaplanowanej, świadomej bo ona daje nam ziarenko  kontroli nad tym co nowe, możemy ją sobie przecież zaplanować i podejść na spokojnie.  Ja, do takiej świadomej zmiany,  kobiety zachęcam. Co mi pomaga w podejmowaniu  decyzji o zmianie? Rozmowa z samą sobą, zadawanie samej sobie zasadniczych pytań. Dziś kieruję je do Ciebie:

    Czy jesteś szczęśliwa?

    Czy żyjesz tak, jak chcesz żyć?

    Czy jesteś szanowana?

    Czy kochasz samą siebie?

    1624728519970

    Zawsze zadaję sobie te pytania przed najmniejszą choćby zmianą. One rozświetlają niepewność i zapędzają strach w jakiś szary kąt. I z całą świadomością mogę dziś stwierdzić, że każda kolejna zmiana była „lepsza”, wartościowa, czegoś mnie uczyła, wyciągałam z niej swoje wnioski. A co za tym idzie podnosiła moje poczucie własnej wartości, ale zmniejszała strach przed kolejną zmianą. No bo skoro te zmiany są po coś, to czego się bać. Myślicie, że to proste? Nie, ale pomaga, troszeczkę, odrobinkę, ale zawsze. Dlatego dziś o tym piszę, bo może pomoże i Tobie. Jeśli stoisz na rozdrożu, jeśli chcesz, ale się boisz, to po prostu zrób to. Wybierz, podejmij decyzję, bo jeśli nie Ty, to ktoś inny podejmie ją za Ciebie. I tego się trzeba bać. Bo wtedy kontrolę też przejmuje ktoś inny. I nigdy spokoju nie będzie. Dla mnie ważne jest spokojne życie, życie w szczęściu i wewnętrznym spełnieniu. Dlatego zawsze podejmując decyzje o zmianie myślę o sobie, bo wiem , że spełniona i szczęśliwa JA daję całemu otoczeniu siłę i spokój. Wiem, że spełniona i szczęśliwa JA zrobię dobrze nie tylko dla siebie ale dla otoczenia i to mi daje siłę przed pokonywaniem kolejnej kłody, przed wyborem ścieżki  i przed decyzją, nawet najtrudniejszą. A ta siła jest potrzebna, żeby nie odkładać  decyzji, bo to jest okrutne, dla mnie samej okrutne. Refleks jest ważny, poczucie własnej wartości jest ważne, dodaje siły i pewności siebie i powoduje, że decyzja o zmianie jest łatwiejsza. Mimo tego, że są zmiany złe, nie trafione, tak, wiem, że są. Ale czy chciałabym żałować, że jej nie podjęłam? Na pewno nie, nie lubię żałować. Znam kobiety, które po latach żałują, że w pewnym czasie nie podjęły decyzji, że nie posadziły swojego szczęścia w żyznej glebie. Mają bowiem świadomość tego, że dziś cieszyłyby się ze skutków tej decyzji. Dociera do nich informacja, że najlepszy moment na posadzenie tego szczęścia był jakieś trzydzieści lat temu. Ważne sprawy w życiu są czasem jak drzewo, jak krzak róży, cieszymy się nim dziś ale posadziliśmy je kilka lat wcześniej. Jeśli ciągle się wahasz to usłysz, że moment na zmianę jest dobry zawsze, jeśli Ty chcesz, żeby takim był. Jeśli nie dziś, nie jutro, nie za tydzień to może za dwa, ale nie dopuść do tego, żeby żałować, że nie posadziłaś drzewa…NIGDY.

  • Idealna

    Piękna, długonoga blondynka o aksamitnej, opalonej cerze biega obok nas na plaży. Dookoła niej grupka wysportowanych facetów z sześciopakiem na brzuchu, adorujących każdy jej krok, każde słowo, każdy chichot. Co czujesz, patrząc na to wszystko ze swojego pasiastego leżaka? Lubisz, nie lubisz? Podziwiasz, zazdrościsz? Zastanawiasz się czy żyjesz jeszcze, czy to jakaś scena ze „Słonecznego patrolu”? Większość odpowie „nie lubię”.

    Nie wstydź się, nie oceniaj źle. Tak odpowie 90% społeczeństwa. Nie lubimy ideałów. Po prostu. Jest to udowodnione naukowo i nie ma co od faktów uciekać. Żeby jeszcze się potknęła, albo cellulit miała, to jakieś ziarenko sympatii się w człowieku pojawia, ale ideał???  Co to to nie.

    Nie tylko kobiety nie lubią innych idealnych kobiet. Ludzie ogólnie czują do takich „doskonałych” osób niechęć. Nie wiem czy zdarzyło Ci się poznać osobę „doskonałą” w każdym calu, zarówno z wyglądu, zachowania, kariery, rozwoju. Jednym słowem piękna, bogata, bez skazy. Ja Wam się przyznam bez bicia, że nie. Moim zdaniem każdy ma jakiś „defekt” i to czyni go dopiero „normalnym”. Tzw. człowieczeństwo od zawsze przyciągało ludzi do siebie. Nauczyciel, rodzic, przyjaciel, który nie jest idealny wydaje się być wiarygodny, w myśl powiedzenia, że „prawdziwych ideałów nie ma”. Jest nawet takie zjawisko w psychologii, które nazwano „Efektem Pratfalla”, a które potwierdza, że atrakcyjność człowieka wzrasta lub maleje w zależności od popełnianych błędów. Osoby zbliżone do ideałów tworzą zupełnie nieświadomie taką barierę niedostępności, którą innym ludziom ciężko jest przekroczyć.

    1622324501934

    Miałam kiedyś taką koleżankę, jej mama to był dopiero ideał. Piękna, mądra, miała świetną pozycję w pracy, chata ogarnięta w każdym calu. Pamiętam, że chodziła po domu ubrana w takie szykowne, typowo biurowe garsonki, ołówkowe spódniczki, domowe kapcie na koturnie, pomalowana jak na wielkie wyjścia, koszule męża i firanki na oknie wyprasowane na kant. No po prostu ideał. I co? No nikt jej nie lubił, żadna z koleżanek Marzeny nie pałała do niej sympatią. Czyli to jednak prawda, że takich „chodzących ideałów” nie lubimy.

    Jaki z tego morał? Ano taki, że nawet jeśli popełniasz błędy, nie jesteś doskonała to nie należy się biczować z tego powodu no i bardziej wzbudzasz sympatię u innych, niż gdybyś w istocie taka była. Nie znaczy to wcale, że ta teoria ma być usprawiedliwieniem dla porażek na każdym kroku, to byłoby za proste. Ludzie popełniali błędy i nadal będą to robić, ważne, aby nie uznawać tego za normę. Ile ja błędów popełniłam to za głowę mogę się złapać. Takich małych, nie wiele znaczących i takich, które miały ogromny wpływ na moje życie. Jedne można naprawić, z innymi muszę się pogodzić, ale zawsze wyciągam wnioski. Przyznaję się sama przed sobą, że „tak, popełniłam błąd”. Nie oskarżając nikogo innego, oprócz siebie.  Analizuję jak do nich doszło, czemu, co mogłam zrobić inaczej, jak uniknąć podobnych i zamykam temat. Nie wracam, szkoda mi czasu. Świadomość tego, że nie jestem idealna otwiera przede mną kolejne drzwi i kolejne i wiem, że ciągle przesuwam swoje granice. Jednak nie popełniałam tych błędów z myślą o sympatii u innych. Szczerze mówiąc nigdy mnie to szczególnie nie interesowało.

    1622324528480

    „Nikt nie jest idealny” takie słowa słyszę często i to w zupełnie innym znaczeniu. Znam kobiety, które na każdym, no naprawdę na każdym kroku tłumaczą swoje potyczki takim właśnie brakiem doskonałości. No, nie tędy droga. Nie dajmy się zwariować. Nie można każdej porażki, pomyłki, błędu tłumaczyć tym, że nie jesteśmy doskonali. Trzeba znaleźć umiar, jak we wszystkim z resztą. Taka równowaga dotyczy wielu płaszczyzn. Najważniejsze, żeby nie przeciążyć szali. Możemy być nie doskonałe, to nawet wymagane, ale nie traktujmy tego jak wymówki.  A fakt jest taki, że jak ktoś chce to zawsze ją znajdzie. Złoty środek znaleźć jest trudno, najlepiej byłoby podążać za swoim wnętrzem, swoimi wartościami i traktować siebie poważnie, odpowiedzialnie. Ktoś, kto każdy swój błąd i każdą porażkę podpina pod hasło „Błądzić jest rzeczą ludzką” daleki jest od odpowiedzialności za siebie samego. I nie ma dużej różnicy pomiędzy idealną figurą tej laski na plaży a mądrą prelegentką na firmowej konferencji. Dla osoby z boku to jest ideał. Czy go lubisz czy nie, on po prostu istnieje. Jedynym sposobem na ignorancję tego uczucia jest skupienie się na sobie i swoim dążeniu do ideału, takiego własnego. To zdecydowanie zdrowsze i bardziej ludzkie.

  • Dla wszystkich mam

    Słysząc poranną rozmowę za moimi plecami, w drodze do pracy, utwierdziłam się w przekonaniu jak istotny jest obraz matki w życiu człowieka i jak wiele od tej matki zależy czy ten obraz będzie wart wspomnień. Młoda mama odprowadzała córkę do szkoły, pierwszo.. może drugoklasistkę. Usłyszałam jak zadała pytanie

    – Mamo, a czemu te worki ze śmieciami tu leżą? Na co padła odpowiedź:

    – Jezu, nie wiem, nie zadawaj głupich pytań.

    Zatkało mnie, zamurowało. To był ten moment, który mógł być idealnym przykładem potwierdzającym cytat „Nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi”. A ta odpowiedź mogła być na prawdę prosta, mogła być początkiem rozmowy o segregacji śmieci, o kolorach worków, które leżą przed jednym z budynków, dlaczego tam leżą i czemu akurat w poniedziałek. A nawet jeśli nie chciało się tej mamie rozmawiać, była zmęczona, nie wyspana, albo wstała lewą nogą wystarczyło powiedzieć „Nie wiem”. Mama jednak oceniła córkę jako osobę zadającą głupie pytania. W jednej chwili dopadły mnie myśli ile tych pytań było wcześniej, czy jeszcze jakieś będą i czy ta mama będzie dla córki autorytetem. Tyle myśli na minutę a tu Dzień Matki na horyzoncie.

    107924198_272393587345972_5313735253826770065_n

    Matka. Najważniejsza, najpierwsza, najkochańsza osoba w życiu dziecka. Czy rzeczywiście tak jest? Czy w naszych dorosłych, kobiecych głowach, w sercach, które wiele przeszły, widnieje taki właśnie obraz tej… najważniejszej.. MATKI?

    Jestem matką i jestem córką i wiem doskonale jak trudna jest to rola. Czasem niewdzięczna, niesprawiedliwa, a czasem wspaniała i pełna miłości. Jednak zawsze odpowiedzialna. Każda matka, zarówno ta ciepła, wyrozumiała, czuła i mądra, inteligentna i zorganizowana, niezależna i przedsiębiorcza, jak i ta chłodna, surowa, toksyczna i ta, której dzieci się wstydzą jest odpowiedzialna za kształtowanie dziecka, za jego rozwój, za szczęście lub nieszczęście. Dziecko pamięta to, co dobre i to co złe. Pamięta słowa, zachowania, albo ich brak. Pamięta upokorzenia i wyśmiewanie, porównywanie do innych dzieci. Pamięta  ból. Wiem jak wiele matek miało wpływ na osłabienie kręgosłupa wartości swojego dziecka. Skąd to wiem? Od Was. Obraz matki bywa zamazany, przekreślony czarną, grubą krechą. Zadając pytanie wielu kobietom „ Czego nauczyłaś się od swojej matki?” nie spodziewałam się aż tylu odpowiedzi: „Niczego”

    Smutne, prawda? Ale takie są fakty, takie jest życie. Jak się okazuje nie każda matka zasługuje na dobre słowo, choć ja bardzo chciałabym, żeby tak było. Nie każda zasługuje na dobre wspomnienie i dzieje się tak z jakiegoś powodu. To daje dużo do myślenia, szczególnie dla tych, które są teraz matkami małych dzieci, nastolatków. Można byłoby się zastanowić jakimi my jesteśmy matkami, jakimi będziemy i jakimi chcemy być no i jak będą nas wspominać nasze dzieci.

    Pewnie większość z Was chciałby być dla dziecka autorytetem, drogowskazem, który pokazuje najlepszy kierunek. Tak, to mogłoby być celem matki.

    „Zawsze chciałam być taka, jak moja mama. Mój autorytet. To, czego mnie nauczyła to na przykład niesienie pomocy innym, potrzebującym. Wpajała mnie i mojej siostrze, że kobieta powinna być niezależna finansowo. Że studia i praca zawodowa dają tę niezależność, ale jednocześnie była przeciwnikiem tzw. wyścigu szczurów i stawiania pracy ponad rodzinę. Uczyła, że kobieta musi być zadbana, że to nie jest kwestia ilości pieniędzy, ale dbania o swój wizerunek na co dzień, także w domu. Nigdy nie widziałam jej w wytarmoszonym swetrze czy dresie. Odkąd tylko pamiętam, miała i nadal ma, szafę pełną szpilek w różnych kolorach” ( dr Katarzyna Pawłowska @przy_kawie_o_podatkach)

    DSCN8012

    Wdzięczność za prowadzenie ścieżką niezależności finansowej jest rzadkością wśród kobiet, być może dlatego tak wiele z nich znalazło się w grupie obarczonej tym problemem. Na szczęście są wyjątki, a ja mam głęboką nadzieję, że za kilka lat takie słowa padną z ust większej ilości kobiet.

    „Od mojej mamy nauczyłam się dążenia do niezależności, tego, że związek to partnerstwo, że oboje małżonkowie mają swoje zdanie. Że kobieta powinna mieć swoje pieniądze, to także pozwala jej samodecydować” (Katarzyna Kraus @katarzyna_kraus)

    Jak dobrze jest mieć świadomość wypełnienia tej swojej życiowej roli. Takiej długotrwałej i poddawanej niejednokrotnie ciężkim próbom. Chociaż ile kobiet, tyle matek, tyle różnych matek. Jeśli ktoś myśli, że wraz z wydaniem na świat dziecka budzi się w każdej matce syndrom obowiązkowości, odpowiedzialności, miłości, opiekuńczości to jest w błędzie. Nie. Nie każda matka dojrzała do tej roli, często nie dojrzewa do niej nigdy. Są matki, które stosują przemoc, są takie, które mają swoje dzieci za nic, dla których ważniejszy od dziecka jest nałóg albo inne rozrywki. Czy można się czegoś od takiej matki nauczyć? Najprawdopodobniej tego, żeby nie być taka jak ona.

    Zdjęcie0417

    Pamiętam wiele przedszkolnych przedstawień, podczas których moje córki mówiły wierszyki, albo śpiewały te wszystkie „mamusiowe” piosenki. Ile łez kręciło się w oczach tych wszystkich mam na widowni. To była duma. Duma, że to dziecko takie zdolne i że mama dołożyła trudu do tego jak w danym momencie wygląda życie tej małej istoty. Ja wiele zawdzięczam swojej mamie. Dzięki niej wiem jak wygląda dom rodzinny, jak opiekować się dziećmi w najtrudniejszych momentach i jak rozmawiać dosłownie o wszystkim. W mojej ocenie to chyba tak powinno być, że mama kocha i uczy kochać.

    „ Nauczyłam się od mamy życia, miłości, dobra, szacunku. Pokory, wytrwałości, cierpliwości. To mama przekazała mi wartości, którymi się kieruję w życiu. To mama zarażała mnie swoim talentem, nauczyłam się od niej wrażliwości” (Katarzyna Piasecka @druciara.handmade)

    „Od mamy nauczyłam się miłości do drugiego człowieka. Nikt, tak jak moja mama, nie kocha drugiego człowieka😊” (Małgorzata Kuptz @mama.gosiasamosia)

    Miłość, zadbany dom, wyprasowane i poskładane pranie, zapach ciasta drożdżowego. Myślicie, że to bajki wymyślone na potrzeby ckliwych dramatów? Nie. Tak wspominamy swoje mamy. Nie wszystkie, ale wiele z nas. Dla jednej mamy to pranie było najważniejszą lekcją dla córki, dla innej kompletnie nie istotną. Ile mam tyle lekcji.  

    „Od mamy nauczyłam się przede wszystkim pomocy innym. Jak byliśmy mali mama mówiła – robimy porządek i oddajemy nieużywane zabawki i ciuchy osobom biednym. Dzięki temu, że ona pomagała, my też chcieliśmy razem z nią pomagać. Nauczyła mnie także porządku. Zawsze z nią sprzątałam. Dzięki temu, mieszkając już sama umiem prać, gotować, sprzątać i utrzymywać czysty dom. Niby to nic, ale bardzo ułatwia życie” ( Martyna Kowalczyk @martyynnaa)

    Miłość, szacunek empatia to coś, czego możemy się nauczyć w dorosłym życiu, ale o ile łatwiej jest jeśli mamy podane te wszystkie wartości każdego dnia na tacy w rękach mamy. Te wszystkie cechy formują przecież glinę, z której jesteśmy ulepieni.

    „Moja mama odeszła, kiedy byłam nastolatką, ale to od niej nauczyłam się, że dom jest cieplejszy , gdy są w nim kwiaty. Miała bardzo dużo kwiatów doniczkowych, a wśród nich papugi i kanarki. Dom pachniał i był kolorowy. Wiosną i latem stawiała kwiaty do wazonu, a zimą robiła suche bukiety. To ona podarowała mi w dzieciństwie zapach ciasta drożdżowego i ciche odgłosy radia w tle pracy. To ona pokazała mi książki i nauczyła czytać przed snem. Wreszcie to ona nauczyła, że wszędzie dojdę pieszo, bo nie miała prawa jazdy i często zabierała mnie na spacery. Myślę, że mogła mnie nauczyć jeszcze więcej, ale dopóki nie stworzyłam własnego domu nie miałam pojęcia ile zaszczepiła mi kreatywności” (Barbara Grzymkowska -Blok @florysztuka)

    Mówią, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko, też to powtarzam. Tylko ile z tych naszych mam było tak naprawdę szczęśliwych? Ile stawiało siebie na pierwszym miejscu? I czy te wszystkie nieszczęśliwe dzieci to dzieci nieszczęśliwych matek?

    „Moja mama nauczyła mnie przede wszystkim szacunku do samej siebie, powtarzała: najpierw myślisz o sobie, potem o mężu a na końcu o dzieciach. I to się naprawdę sprawdza. Twoje dzieci będą szczęśliwe jeśli Ty będziesz szczęśliwa. Mówiła: kochaj męża i dbaj o niego, bo jeśli Wy będziecie szczęśliwi to Wasze dzieci również będą szczęśliwe” (Dorota Mierzwa @dorotazakręcona)

    Na wiele pytań odpowiedzi nigdy nie znajdziemy. Ale my, matki… te obecne i przyszłe możemy właśnie w Dniu Matki zaryzykować refleksją nad swoim macierzyństwem. Jakie ono jest? Jak będą nas wspominać dzieci i czego się od nas nauczą. Bo to, że jesteśmy ich pierwszymi nauczycielkami wiem na pewno. Życzę Wam kochane mamy, żebyście nigdy nie usłyszały „NICZEGO”.

     

  • Ona temu winna

    Czy u podstaw wszystkiego, co nas w życiu spotyka leży dzieciństwo, wychowanie, nasi bliscy? Chciałabym być oryginalna, ale chyba się nie da. Gdzieś jest ten początek każdego z nas, ta glina, z której jesteśmy ulepieni lub bardziej precyzyjnie, ktoś nas z niej ulepił. No właśnie. KTOŚ. Ten „ktoś” rzadko bywa w jednej osobie. „Ktosiów” zazwyczaj bywa wielu. To rodzice, rodzeństwo, bliższa lub dalsza rodzina, sąsiedzi, znajomi, nauczyciele. Widziani oczami dziecka najczęściej jako starsi, bardziej doświadczeni i mądrzejsi.  To oni swoimi dłońmi formują tę glinę tak jak chcą, jak umieją, jak uważają, że powinno to wyglądać. Jedni bardziej, inni mniej świadomie. Chociaż wydaje mi się, że zazwyczaj to takie bezmyślne i automatyczne lepienie z małego człowieczka dużej, dorosłej istoty.

    1619331181804

    „Ktosiowie” byli wcześniej też przez kogoś uformowani i można by tak się cofać i cofać i dojść do epoki kamienia łupanego, czy jak kto woli do momentu powstania tego świata. Wśród „ktosiów”, szczególnie w naszym kraju, ogromny, ogromniasty wręcz wpływ na formowanie miał i ma nadal szeroko rozumiany kościół. I nie myślcie sobie, że jestem kolejną kobieta atakującą kościół, wrodzona inteligencja mi na to nie pozwala. Stoję bardziej w roli obserwatora aniżeli agresora. Nie zaprzeczy przecież nikt, że to dzięki kościołowi obraz grzesznej Ewy postawił kobietę w miejscu, w którym stanęła na wieki. Jak posąg, jak obraz, jak ikona grzechu. Wiem, że się to zmienia ku mojej uciesze, ale ciągle jeszcze to „brzemię jabłka” spoczywa na kobiecie. To kobieta skusiła mężczyznę, to kobieta sprowokowała gwałciciela zbyt krótką spódniczką. To kobieta jest winna, że jej dziecko jest nadpobudliwe. To kobieta jest winna, że mąż ją zdradzał. To kobieta się „puściła”, nie mężczyzna, tylko ona. To niech teraz nie marudzi o aborcji, niech rodzi. Co z tego, że śmiertelnie chore dziecko? Niech rodzi, sama chciała. Ona temu winna.. Wiem, że uogólniam, ale wiem też, że prawdopodobnie nie znajdzie się wśród Was taka, która choć raz nie słyszała tego typu tekstów. Jest ciągle tak wiele sytuacji w których obwinia się kobiety, że do takiego uogólniania daję sobie prawo.

    1619331237590

     

    To obwinianie jest cholernie krzywdzące. Okrywa bowiem winą każdy kobiecy czyn, ale także zasiewa ziarno winy podczas formowania z tej gliny w okresie dziecięcym. I taka kobieta niesie winę na plecach razem z innymi cechami, dziedziczonymi w sposób  nienaturalny. To jest chore, chore podwójnie. Po pierwsze społeczeństwo ocenia kobietę jako winną, po drugie podlewa to ziarno tak długo, aż ona sama POCZUJE się winna. Tak naprawdę, całą sobą winna. Czyż to nie krzywdzące? Czyż nie daje pozwolenia na wyrządzanie kobiecie krzywd wszelakich – bo „wolno”, bo „sama chciała”, bo „nic nie mówiła”.

    Kobiety są ciągle zniewolone przez stereotypy, a te pielęgnowane przez społeczeństwo latami. Zniewolone fizycznie ale przede wszystkim psychicznie. Boją się odezwać, zbuntować, wstydzą się, że dzieje im się krzywda, że  pozwalają w ogóle na taki stan rzeczy. Czują żal i frustrację. Nie wiedzą , że tak być nie musi, a jeśli wiedzą to mają problem ze zmianą. Ja wiem, jak wiele artykułów o tym napisano, wiem ile jest programów, podcastów i książek. Ja to wszystko wiem i Wy pewnie też. To co w nas dobre i złe, co chore i zdrowe jest częścią stereotypów i wzorców czerpanych ze środowiska, w którym przebywałyśmy. Wiecie prawda? A mimo to obwinianie towarzyszy nam na prawdę często.  W wielu sytuacjach czujemy się winne. Że oddałyśmy rodziców do domu opieki, że nie karmiłyśmy dziecka piersią, że rodziłyśmy przez cesarkę, że zapomniałyśmy odebrać dziecko z przedszkola, że jesteśmy złymi matkami, żonami, synowymi…bla, bla, bla Skąd to wiemy? Bo się nam to oznajmia. Tak wyraźnie.. słowami, słyszymy, czujemy, aż w końcu same tak myślimy.

    Sukcesem będzie ucieczka od takiego myślenia. Tylko jak to zrobić? 

    1619331258693

    Jeśli jesteście ze mną od początku to wiecie, że odpowiedź jest prosta. Trzeba zacząć od pracy nad poczuciem swojej wartości. To ona stoi na straży  granic naszej, tak zwanej, wytrzymałości. To wcale nie jest takie trudne. Zdecydowanie łatwiejsze niż znoszenie upokorzeń, poniżania czy wręcz okładania pięściami. Jeśli kobiety mają siłę na walkę z wieloma wrogami dookoła siebie to znajdą też siłę na to,  aby popracować nad sobą. Jestem tego pewna. Przecież to my ustalamy swoje granice, to my reżyserujemy swoje życie. I to życie tylko do nas należy, nikt go za nas nie przeżyje. Nie musi być wypełnione cierpieniem i poświeceniem się ludzkości. I my naprawdę nie musimy się na to godzić, ale też nie mamy PRAWA nikomu takiego życia układać. Jesteśmy dorosłe, i my też stanowimy część tego społeczeństwa, o którym pisałam. Mamy więc wpływ na innych. Warto się nad tym zastanowić oceniając kogoś, patrząc znacząco, obgadując. Warto przejąć odpowiedzialność za rolę, taką naprawdę ważną rolę, którą w życiu gramy. Warto odpowiedzieć sobie na pytanie czy ja chcę być taka jak „ktosiowie” ? Czy ja chcę lepić z gliny kolejne i kolejne pokolenia? Czy ja chcę mieć wpływ na poczucie winy innych kobiet lub ich brak? I czy będę to robić świadomie? Zostawię Was z tymi pytaniami. Przyznam się tylko, że ja wiem, że mam taki wpływ i wiem, że ręce gliną ubrudziłam i będę brudzić nadal. Dla Was i dla samej siebie. Zdecydowanie bardzo świadomie.

    Dziękuję Małgosi Kowalczyk za piękne zdjęcia, łagodzące trochę ciężki temat 😊

  • Wojna o okna

    „Kiedyś było jakoś inaczej, lepiej, teraz byłam sama na święta” – tak mówi do mnie starsza pani, której dzieci i wnuki rozjechane po całym świecie, cieszą się życiem, cieszą się każdym wolnym dniem od pracy. Czy to źle? Czy nie powinno tak być? A jak powinno? Czy w ogóle można dziś mówić o czymś, że się powinno lub nie powinno. Kiedyś rzeczywiście było inaczej. Wszyscy byliśmy podobni, wszyscy mieliśmy takie same lub podobne możliwości, zasoby, wzorce. Ale to było kiedyś. Dziś jest już trochę inny świat. Świat, który otwiera się na ludzi, na nas, na kobiety. Mamy prawo wyboru, mamy możliwości poznania, tego, co jeszcze kilka lat temu było czymś niemożliwym do doznania. Mamy również prawo do spędzania każdych świąt w taki sposób, w jaki chcemy. I dobrze, żebyśmy były tego świadome. Kobiety są ciągle jeszcze takimi strażniczkami domowego ogniska, które nie zaopiekowane wygaśnie. A przynajmniej tak się tym kobietom wydaje. Otóż nie, nie wygaśnie. Nic się nie stanie jeśli któregoś pięknego dnia taka kobieta powie „nie”. Nie będzie myła okien na święta, nie będzie szorowała podłóg ani mieliła trzykrotnie twarogu. Powie „nie” na kolejny ”spęd” rodzinny i spotkanie z ciotkami, z którymi wcale nie ma przyjemności się potkać. W zamian za to kupi bilet na Malediwy, Wyspy Kanaryjskie czy inne Seszela. I będzie się świetnie bawiła na plaży. Czemu? Bo ma wybór. Oczywiście będzie czuła na plecach ten zły oddech, usilnie powtarzający, że nie wypada, że „jak to?”. Przecież te cholerne okna trzeba, po prostu trzeba umyć. I kolejna część dialogu z tym złym oddechem należy już do nas. To od nas zależy w jaki sposób zareagujemy na taki oddech, czy wejdziemy w długą i bezsensowną dyskusję, czy ulegniemy i postawimy siebie w pozycji pokornego dziecka, czy też zlekceważymy zarzuty i zobaczymy swoje zdanie ponad innymi. Można się tego nauczyć.

    1618170808542

     Dla mnie święta dzisiaj to po prostu radość, szczęście , spokój. Czyli wszystko to, co w życiu ważne. I takich świąt, kolejnych i kolejnych chcę życzyć wszystkim kobietom. Aby robić to, co daje szczęście. Aby być z ludźmi, którzy dają szczęście. Bez względu na to, jak je spędzamy  i gdzie. Czy to jest dom rodzinny, świątynia, czy plaża to miejsce też POWINNO dawać nam szczęście. Najgorsze jest bowiem zmuszanie się do czegokolwiek.

    Pamiętam takie święta, przed którymi wypruwałam sobie żyły, żeby wszystkie tradycyjne potrawy lądowały na stole i nie było mowy o korzystaniu z cateringu. Pamiętam rozmowy o myciu okien i to obowiązkowym bo inaczej święta to nie święta. I pamiętam, że nie byłam wtedy szczęśliwa. Ale znam też kobiety, które są przy tym bardzo szczęśliwe i jak tylko zaczynają cały przedświąteczny festiwal, to są w swoim żywiole. Cudownie. Jeśli tylko to lubią, jeśli tylko są przy tym szczęśliwe to jestem ZA. Nie oceniam, nie krytykuję, nie wyśmiewam. I tego samego oczekuję od innych kobiet. Zrozumienia. Jest nas tak wiele i tak wiele mamy priorytetów. Nie można oceniać siebie nawzajem bo zwariujemy. A przecież zwykłe przyjęcie do wiadomości INNOŚCI jest takie proste i oczywiste. Na dziesięć kobiet jedna będzie świętowała cały wielki tydzień z wiernymi w kościele, druga biegała po sklepach i szukała prezentów dla najbliższych, trzecia robiła generalne porządki w całym domu, czwarta będzie wybierała strój kąpielowy, żeby czuć się cudownie na upalnej plaży na drugim końcu świata. Wiecie jak to się nazywa? WOLNOŚĆ, WYBÓR, czy to jest złe? Prosta odpowiedź i bezdyskusyjna – NIE. Skoro mamy wybór to należy brać pod uwagę, że jakiegoś dokonamy. Na tym polega ten dzisiejszy świat, dzisiejsza decyzyjność. Jeśli którakolwiek z Was ma z tym problem to koniecznie trzeba nad sobą popracować, jeśli ktoś z naszego otoczenia ma z tym problem możemy mu wytłumaczyć, pomóc, porozmawiać, ale reszta też zależy od pracy nad sobą, nad „jego” sobą. Dobrze to wiedzieć, dobrze sobie to uświadomić, bo takie biczujące podejście do samej siebie prowadzi do frustracji, do obwiniania siebie samej, do powstawania konfliktów. Uświadomienie sobie, że człowiek potrzebuje zmiany, inności jest czymś uwaga, uwaga… normalnym. Dlatego nie ma powodu do biczowania siebie.  To nic dobrego nie przynosi. Traktowanie siebie dobrze, tak po prostu dobrze przynosi za to najcenniejszy skarb, jaki możemy sobie wyobrazić – SZCZĘŚCIE.

    Dużo szczęścia kobiety !!!

  • Za granicą jest lepiej czy inaczej?

    Z czasów wczesnoszkolnych pamiętam doskonale obraz tzw. „zagranicy”. Kolorowej, pachnącej, bogatej i przede wszystkim „lepszej”. Wydawało mi się wtedy, że za tą granicą jest piękniejszy świat. Bez pustych półek w sklepach, bez godziny policyjnej, bez milicji, której wszyscy się bali. Później okazało się, że to nie tylko moje wrażenia i gdybania, ale rzeczywiście tamten świat był lepszy, dla mnie, małej dziewczynki, na pewno. Moim „zagranicznym” okienkiem były witryny Pewexu, który był po prostu bogaty, a jak bogaty, to lepszy. Co tu dużo mówić, małemu dzieciakowi wystarczy zapach papierka po gumie balonowej, żeby poczuć w sercu szczęście. Później, jako nastolatka widziałam tą „zagranicę” jako „raj” dla dzieci PRL-u. Duża część młodych ludzi wyjeżdżała „za chlebem”, zostawiali wszystko i jechali w nieznany świat pracować po to, żeby żyło im się lepiej, żeby mogli się czegoś dorobić i wrócić do kraju z pełnym portfelem. Byli tacy, którzy z nim wracali i tu budowali swój świat, ale byli też tacy, którzy już nie wrócili, bo tam odnaleźli swoje miejsce na ziemi.  Kiedy zostałam matką, również wiele moich znajomych wyjeżdżało, bo tam lepsze warunki, bo lepsza polityka rodzinna, lepsza pomoc państwa, bo było za tą „granicą” po prostu lepiej. Czy na prawdę było lepiej, nie wiem, na pewno było inaczej. Dziś mój obraz „zagranicy” jest bardziej klarowny i pewnie wiele kobiet, które czytają ten artykuł poza granicami Polski zgodzi się ze mną, że jest po prostu inaczej. Czasem łatwiej, czasem trudniej, czasem lepiej a czasem trzeba się napracować i przecierpieć swoje. Zmieniły się czasy i obraz „zagranicy” również się zmienił. Ale pozostało jedno – INNOŚĆ.

    IMG_20210227_182604_056

    Każdy wyjazd za granicę wiązał się i wiąże z odwagą, wiązał się i wiąże z podjęciem decyzji, wiązał się i wiąże ze zmianą. To przekroczenie granicy jest dla mnie momentem symbolicznym również w takim prywatnym życiu. A już w życiu kobiety, szczególnie. Doświadczyłyście pewnie kilka razy momentu przekraczania granic, Waszych granic. Czy to przez dzieci, partnera, pracodawcę… ktoś przekroczył granicę Twojej cierpliwości, dobroci, poświęcenia, wytrzymałości jakiejkolwiek. Gdzie te granice są, to już zależy od Ciebie, bo to tylko Ty je stawiasz. Taki moment przekraczania przez kogoś Twoich granic może spowodować duże zmiany, możesz wybuchnąć, możesz się popłakać, możesz zmienić całe swoje życie, bądź możesz nie zrobić nic, tylko je przesunąć. Nie wiadomo co gorsze.

    Inne osoby mogą Twoją granicę przekroczyć i wejść Ci na głowę, nie wiem czy wiesz, ale Ty sama również możesz tę granicę przejść. A za granicą również jest świat. Może trudny, może lepszy, może mało znany,  na pewno inny. Kobiety mają coś takiego w sobie, co pozwala im na nadużywanie cierpliwości, dobroci, czasem naiwności wobec samych siebie i po woli, bardzo po woli dojrzewają do podejmowania decyzji o zmianie, również o przekroczeniu swojej granicy.

    received_257033449248183

    Temu przekraczaniu może towarzyszyć strach, wątpliwości, brak wiary. Cała masa takich uczuć, które od razu spowodują powrót. Zamiast skupiać się na tych uczuciach wystarczy zamienić je na nadzieję, na spełnianie marzeń i na wiarę w siebie. Przekraczanie granic samo w sobie wzbudza w zasadzie złe emocje, ale również te złe możesz zamienić na coś dobrego, bo bardzo często to one są początkiem nowego życia. Pisałam kiedyś o pozytywnym dnie, które jest po to, żeby się od niego odbić i wznieść  na wyżyny. Granica jest też swego rodzaju dnem, bo zmusza wręcz do zrobienia kroku. I tylko od Ciebie zależy czy będzie to krok do przodu czy do tyłu, czy będziesz w tym granicznym punkcie stała, aż Ci nogi zdrętwieją. Z moich obserwacji wynika, że ciągle największą grupę stanowią kobiety, które granice przesuwają, zapominają o swojej konsekwencji, o planach, jakie miały w głowie, kiedy granice były stawiane i o tym, jakie wartości nimi wtedy kierowały. Sama się na tym łapię, że ciągle i ciągle przesuwam granice, że pozwalam sobie wejść na głowę i czekam na jeszcze gorszy moment.  Wiecie z czym to się wiąże? Oczywiście z poczuciem własnej wartości. Ono w takim momencie spada, spada i spada a przecież jest odpowiedzialne za nasze życie, dobre życie, piękne życie. I tak, dzisiaj będę nawoływać. Nie pozwólcie innym na przekraczanie własnych granic, nie przesuwajcie ich, a jeśli chcecie przekroczyć swoje… odwagi!!!

    Jeśli potraktujecie to przekroczenie jako wyzwanie, jako kolejny etap Waszego życia, to być może, doda Wam to siły, bo tę trzeba mieć. Nadzieją niech będzie dla Was fakt, że „za granicą” też jest życie, może lepsze, może nie, ale na pewno inne.

  • Ukochana

    „Weszła do domu i dosłownie legła na swojej nowej kanapie, w ulubionym, bakłażanowym kolorze. Nareszcie mogła sama zadecydować jaka kanapa pasuje do jej salonu, nareszcie nikt nie czepiał się, że welur się brudzi i szybko niszczy. Bakłażanowa, welurowa, jej ukochana. Legła i pomyślała „Nareszcie mogę pokochać siebie”.

    To fragment opowiadania, które zamieszkuje moją szufladę w biurku. Trochę się ich tam nazbierało. Madzia, bo tak na imię ma bohaterka, legła na tej kanapie po powrocie z szóstej, ostatniej już rozprawy rozwodowej. Sama, szczęśliwa, wolna i spokojna. Postanowiła wreszcie zacząć kochać siebie. Być może za późno, ale ja zawsze twierdzę, że lepiej późno niż wcale. Zasłużyła na tę miłość, na miłość własną.

     W tym walentynkowym nastroju zaczynam dziś pisanie. Czemu walentynkowym? Bo kilka dni przed komercyjnym świętem, wyrażającym najpiękniejsze uczucie – miłość. Madzia długo tkwiła w poddańczym związku, przelewając ogrom miłości na męża i dzieci. I nadszedł w jej życiu taki czas, który postanowiła przeznaczyć na miłość do samej siebie. Ciekawe, że musiało dojść do blokady w jej małżeńskim życiu, do blokady między nią a jej ukochanym sprzed lat, żeby dojrzała do takiej decyzji, o pokochaniu siebie. Miłość własna, do samej siebie. Otaczanie samej siebie najpiękniejszym uczuciem, to zadanie na ten tydzień. Zadanie dla mnie, ale być może dla Ciebie

    W kolejce do kasy w Polo Markecie wybierałam batonik, popołudniowa kawa w pracy wymaga wręcz jakiegoś wafelkowego dodatku a wybór był trudny bo przy kasie zazwyczaj wszystkie kuszą, uśmiechają się i wołają „weź mnie, weź mnie”. Młoda dziewczyna, stojąca przede mną na taśmie kasowej postawiła mleko, olej, poduszkę z  czerwonym serduszkiem i kubek   z    napisem „Dla mojej ukochanej”. Nie zwróciłabym na to wszystko uwagi, gdyby nie kasjerka, która z zakrytym maseczką uśmiechem, zapytała „Dla ukochanej?” – „Tak, dla mnie” – odpowiedziała dziewczyna. Kasjerka zamilkła, lekko zdziwiona odpowiedzią. No tak, pomyślałam, kto nam zabroni kupować samej sobie te wszystkie walentynkowe gadżety? Tak wiele mówi się o miłości własnej, a kupowanie kubeczka dziwi. Niech nie dziwi. Wszystko, co najlepsze dla ukochanej, najpiękniejsze pierścionki, najlepsze perfumy, najdroższe róże …w końcu ukochana na to zasługuje. A my tak mało, wciąż jeszcze za mało, siebie kochamy. Wciąż dbamy o innych bardziej niż o siebie. Doceniamy czyny innych, są dla nas ważniejsze niż własne. Wciąż za mało. Chociaż widzę jak bardzo to się zmienia, ku mojej ogromnej uciesze. Bo to przecież bez kochania siebie nikt inny nie pokocha nas tak, jak na to nie zasługujemy.

    InShot_20210210_164155618

    Pewna dziewczyna powiedziała mi, że nie lubi Walentynek bo nigdy nie dostaje prezentu od swojego ukochanego. Inna, że nie lubi, bo to takie święto na siłę, a jeszcze inna  widzi u mężczyzn przymus a nie potrzebę wyrażania uczuć. Ciekawe w jakiej grupie Ty jesteś? Ja chyba troszkę, w każdej. Nigdy nie lubiłam tego dziwnego święta. Nie rozumiałam ulegania temu, żeby brać udział w święcie przypominającym miłość. No bo jak to? Czy trzeba ustanowić specjalne święto, żeby ludziom przypomnieć o miłości? Trochę to dziwne, prawda? Przez wiele lat obserwuję mężczyzn, kupujących kwiaty, jak bardzo różnią się interpretując ten dzień. Jest wśród nich wielu takich, którzy czekają na ten dzień i całym swoim sercem cieszą się, że mogą wyrazić swoją miłość kwiatami. Ale jest duża grupa panów, kupujących kwiaty na siłę, na przymus, bo wypada. Czy my, kobiety chcemy dostawać kwiaty bo tak trzeba, bo wypada? Jeśli tak, lub jeśli nie, to dlaczego nie kochamy siebie bo wypada, bo trzeba? Pokochajmy kobiety, pokochajmy siebie.

     Tak naprawdę nikt nas tego  nie uczył. Jak kochać siebie? Jak rozpieszczać, jak szanować, jak traktować siebie z miłością? To nauka, którą większość z nas adoptuje z upływem czasu. Najlepiej gdyby ten czas zaczął się jak najwcześniej. Problem polega na tym, że jeśli nie nauczono nas tej miłości do samej siebie dawno temu, to teraz trzeba się bardziej nad nią pochylić. Wiedza szkolna o cosinusach, silniach i logarytmach miała być dla nas ważna… i była. Miłość do samej siebie natomiast, uznawana była za coś, czego nie wypada, nie istnieje, po prostu jest zbędne. I dziś widzę kobiety, które muszą…nie, przepraszam chcą uczyć się pokochać samą siebie, szanować samą siebie, doceniać samą siebie. Ja wiem jedno, zawsze można taki czas zacząć, zawsze może być ten odpowiedni moment na podjęcie  decyzji, którą podjęła Madzia. Możesz dać sobie prawo do szczęścia, do miłości własnej, do skoncentrowania uwagi na samej sobie. Powtórzę za klasykiem „Ukochaj się” !!!

    Zaczęłam dziś fragmentem opowiadania, kończę życzeniami walentynkowymi dla Was wszystkich, w formie wiersza Agnieszki Krokowicz „Dla Ani”

      „Napiszę Ci ten wiersz,

    Byś słońce zawsze w sercu miała.

    Byś w uśmiechu Buddy trwała.

    Napiszę Ci ten wiersz,

    Byś po świetlistej stronie

    Życia zawsze stała.

    Napisze Ci słów radosnych bez liku,

    Byś niezłomnie w postanowieniach

    Swoich trwała.

    Napiszę Ci to i tamto,

    Byś zawsze na plecach

    Skrzydła wolności miała”

  • Nie mam siły

    Zdarza ci się tak powiedzieć, co? Ile razy w ciągu roku, tygodnia, miesiąca? A może kilka razy dziennie? Po prostu się zdarza, wiem o tym, bo mam podobnie. No, może nie codziennie i nie dziesięć razy dziennie, ale się zdarza. Od samego rana, kiedy tylko otwierasz oczy i patrzysz na ten sam cholerny pokój, czujesz w środku złość, rozżalenie albo jedno wielkie „nic”. Czasem wynika to z niepowodzeń, które rosną w Twoim życiu, jak grzyby po deszczu. Czasem jest to skutek przebywania wśród ludzi, którzy powinni już dawno zejść z Twojej życiowej ścieżki. A czasem jesteś po prostu zmęczona. Przeczytasz pewnie w niektórych poradnikach, żeby sobie policzyć do dziesięciu, albo wypić filiżankę ulubionej kawy, albo szklankę wody z cytryną, może spacer… ale bywa, że nie pomaga nic.

    20210107_095243_HDR

    Jak ja sobie z takim dniem radzę? Czekam. Po prostu muszę przeczekać, przespać, uświadomić sobie, że tak po prostu czasem bywa. Minie. To przecież tylko jeden dzień, no dobra, może dwa. Ale dłużej to …o nie! Ja sobie nie mogę na to pozwolić. Życie płynie, nie poczeka na mnie. Muszę się ogarnąć, pozbierać do kupy. Znaleźć przyczynę, usunąć ją i zebrać swoje rozwalone graty do kupy. Poznałam kiedyś cudowną kobietę. Upokorzoną w swoim życiu niemiłosiernie. Skrzywdzoną i zranioną, ale jak się domyślacie na tyle odważną, że swoje życie zmieniła w pasmo promieniującego szczęścia. „Monika, życie jest takie proste, wybory są proste, decyzje są proste, a my wciąż stwarzamy problemy. My, ludzie, jesteśmy źródłem problemów”. I ja oczywiście się z nią zgadzam. Tylko jak nauczyć się żyć tak całkowicie bez szukania tych problemów? Jak odciąć się od myśli krążących wokół nich, od ludzi siejących niepokój i mnożących problem za problemem. Jak? Joga? Medytacja? Może trzeba wyjechać do Tajlandii? A może po prostu pokochać siebie?

    20210107_071214

     I znów pojawia się w mojej głowie egoizm. Jeśli jesteś ze mną dłużej to pamiętasz, że pisałam już o nim kiedyś. Ciągle aktualne co? Egoistek nikt nie lubi. Zauważ tylko, że Ci wszyscy, którzy „nie lubią” nie usiądą, w taki ponury dzień, obok Twojej kanapy i nie doradzą jak z niej zejść, nie doradzą co zrobić, żeby wrócił uśmiech, radość, energia. Dlatego skupić się na sobie to jedyne skuteczne lekarstwo. Nie zużywać swojej życiowej baterii jedynie na pracę, nowe projekty, za które firma zgarnie duży hajs. Nie angażować całych swoich sił na problemy innych, którzy nawet nie do końca chcą je rozwiązywać. Bo w końcu na Twoje projekty i na Twoje problemy zabraknie baterii. Twoja głowa potrzebuje regeneracji, Twoje ciało również. Jeśli potrzebujesz snu, śpij. Jeśli gorącej kąpieli, kąp się. Jeśli chcesz w spokoju obejrzeć serial, zrób to. A potem posłuchaj swojego Chochlika, który siedzi na Twoim ramieniu i dopinguje do działania, niczym najwierniejszy kibic – „Teraz weź się w garść, teraz do roboty, masz więcej siły, pomysłów.. dalej, rusz się” – Słyszysz go?? Mi pomaga.

    20210106_151936

    Miałam dziś jechać na pocztę i tak mi się strasznie nie chciało, no mówię Wam, jakby mnie ktoś przykleił „Super glue” do fotela. I te myśli „nie chce mi się” powtarzały się w mojej głowie wiele razy. No bo zimno, bo kolejka, bo tą kurtkę trzeba zakładać i jeszcze włosy uczesać. Milion wymówek. Ale Chochlik szeptał do ucha „Tak, weź się połóż najlepiej i ponarzekaj sobie, a listy same się wyślą”. I wiem, że miał rację, ale ciągle… „a może jutro pójdę, a może córkę poproszę” – „ Jezu, weź się kobieto ogarnij, po prostu idź i już”

    I wiecie co? Poszłam. Ja takiego Chochlika potrzebuję. Może Ty innego, takiego milszego bardziej. Nie ważne, byleby był skuteczny. Jeden słabszy dzień, ok. No, może dwa, ale więcej ….nie stać Cię na więcej. Jesteś przecież Kobietą Wartą Milion. Przed Tobą stoi kolejny dzień, przed Tobą świat stoi. A świat Ciebie potrzebuje.