• Trudny związek

    Pamiętasz, kiedy ostatnio poczułaś zawód miłosny, albo rozczarowanie zachowaniem partnera? A może jesteś jedną z tych kobiet, które z nadzieją czekają na swoją drugą połówkę pomarańczy? Szukasz albo czekasz…może gdzieś tam jest, może zjawi się wreszcie, pokocha, zaopiekuje.. myślisz. Szukasz, czekasz, myślisz i tak w kółko. 

    Życie w związku Cię przerosło, każda rozmowa kończy się kłótnią, albo wręcz przeciwnie, od rana do wieczora w Twoim domu króluje przerażająca cisza. Życie bez związku też nie jest przyjemne, brakuje Ci towarzysza na długie, zimowe wieczory, wsparcia silnego , męskiego ramienia w trudnych sytuacjach i kogoś, z kim mogłabyś się zestarzeć. Przydałby się również taki zwykły facet, który odpowietrzy grzejniki albo przepcha brodzik, który zapchał się od sierści Twojego kota. Zastanawiasz się  „dlaczego?” „Co ze mną  jest nie tak, że przyciągam samych drani albo w ogóle nie przyciągam nikogo, czemu inne mają lepiej? Mają zgodne małżeństwa, szczęśliwe związki i spełniają swoje marzenia, dlaczego?”

    1642352876762

    Nie wiem czy Cię to pocieszy, ale jest wiele takich kobiet jak Ty, które wcale lepiej nie mają. Którym żyje się dokładnie tak samo jak Tobie. Walczą o swoją pozycję w związku, ukrywają smutek i strach pod pierzynką uśmiechu na zawołanie. Wiesz przecież o tym tak samo jak ja. Znasz kobiety, znasz siebie. Wystarczy tylko porozglądać się dookoła i skłonić do chwili refleksji. Nie wierzę, że tego nie widzisz. Podczas rozmów z kobietami widzę jak bardzo jesteśmy do siebie podobne. Różnimy się kolorem włosów, oczu, budową ciała, ale to, co w środku – jest takie samo. Potrzebujemy miłości, wsparcia, zrozumienia, uwagi. I jest wśród nas duża grupa kobiet, które oczekują tego wszystkiego z zewnątrz, od kogoś, ktoś ma im to wszystko dać, zapewnić. Liczą na to, że od innych zależy ich własne szczęście, powodzenie w życiu, sukces życiowy. Uzależniają swoje życie od decyzji innych.

     Zauważyłaś jak wyglądają początki związków? Są piękne chwile, czułe gesty. Chcesz dać swojemu partnerowi to, co najlepsze, to czego chce, poświęcić jemu czas. Jeśli Twój ukochany  mówi, że lubi sernik to Ty uczysz się tej sztuki cukierniczej, zdobywasz przepis od mamy, szukasz po sklepach najlepszego twarogu i choćbyś spaliła trzy blachy dążysz do perfekcji,  żeby ukochanemu smakowało…myślisz że przesadziłam, może trochę, ale uwierz mi znam mnóstwo takich przykładów….jak sobie przypomnę ten pracochłonny miodownik, na który poświęcałam całe godziny…ech szkoda gadać. Krótko mówiąc chcesz dać chłopu szczęście.

    Początki macierzyństwa są podobne. Dajemy dziecku to wszystko, czego potrzebuje. Opiekę, uwagę, czas. Obserwujemy jak się rozwija, pobudzamy ten rozwój, otaczamy opieką, bezpieczeństwem i pielęgnujemy na wiele sposobów. Bywa, że wszyscy domownicy chodzą na paluszkach bo dziecko śpi w łóżeczku po wielu godzinach męki z kolką. Wszyscy robią wszystko, żeby to dziecko mogło się wyspać, żeby wypoczęło, żeby wyzdrowiało i żeby było radosne. I jest to całkiem naturalne. Pojawia się w naszym życiu nowa osoba i skupia na sobie cała uwagę. A my robimy wszystko, żeby się udało, żeby związek się udał, małżeństwo żeby się udało, macierzyństwo żeby się udało….żeby to wszystko wyszło potrzeba skupienia się właśnie na tym. Nie muszę dodawać, że mamy prawo oczekiwać podobnej uwagi, podobnego skupienia, podobnej miłości. Czy tak jest? Różnie z tym bywa. Każdy związek jest przecież inny, macierzyństwo jest inne , dzieci są inne no i my różnimy się między sobą. Trudno żyje się z kimś, kto sam ma ze sobą problem, kto siebie nie lubi, kto nie widzi nic wartościowego ani w sobie ani w drugiej osobie, z którą się związał. Dlatego moim zdaniem najważniejsze jest dbanie o swój rozwój i ciągłe podnoszenie poziomu poczucia wartości u siebie. Związek z samą sobą. Tak. To najważniejszy związek i najtrudniejszy zarazem.  My dziewczyny jesteśmy trudne, ja jestem trudna i Ty też.  Jeśli dobrze poszukacie to znajdziecie mnóstwo publikacji w stylu „udane małżeństwo, udany związek, udane macierzyństwo, poradniki jak stworzyć to wszystko, ale czy jest taki poradnik UDANA JA ? Wspaniały pomysł na kolejny artykuł, warto – naprawdę warto skupić się na sobie, zadbać o siebie i to nie tylko w takim sensie zewnętrznym, masaż, kosmetyczka, fryzjer, chociaż oczywiście jest to istotne. Ważne są także różne inne warstwy, jak w torcie.. lubicie jak jest w nim kilka takich fajnych i smacznych warstw.. biszkopt, krem, owoce, czekolada  itd. . W Twoim życiowym torcie musi być spokój, miłość do siebie, spotkania z innymi kobietami, rozmowy, czytanie książek,  pomaganie innym, rozwój.. ciągły rozwój. Wszystko to być musi, żeby Twój związek z samą sobą był udany.

    Trzeba tylko się ruszyć. Ja ciągle namawiam do działania. Bo bez działania nie ma zmiany, nie można ruszyć się z miejsca. Chcesz coś zrobić, ale nic nie robisz, chcesz być szczęśliwa i myślisz, że to szczęście przyjdzie, zapuka do drzwi i powie „Cześć Gośka, nazywam się szczęście i teraz od tego momentu będziesz już zawsze szczęśliwa” no nie! Tak się nie zadzieje. Jeśli chcesz być szczęśliwa to będziesz, jeśli chcesz być nieszczęśliwa, również masz na to szanse. To jest Twój wybór. To od naszych wyborów zależy jak będzie wyglądało nasze życie, od decyzji, jakie podejmujemy będzie wyglądał kolejny dzień. Czasem mam wrażenie, że życie jest zbyt proste i dlatego my same je utrudniamy. Znam kobiety, które dobrze czują się taplając we własnym błotku, znam takie, które uwielbiają skupiać uwagę innych na sobie użalając się, współczując, znam też takie, które nie pozwalają sobie na wolność, na szczęście. Wiecie dlaczego? Bo tak chcą. Bo taka jest ich decyzja. Dlatego zanim kolejny raz zrzucisz winę za swoje niespełnione marzenia na innych, zanim poleją się łzy bo Twoje oczekiwania były inne niż obecna rzeczywistość, to przyjrzyj się związkowi z samą sobą. Czy poświęcisz temu związkowi czas, czy opiekujesz się sobą, czy dajesz sobie szansę na odpoczynek, na rozwój, na spokój? Czy dbasz o ten najważniejszy związek? Inne także są ważne…wszystkie związki są ważne, ale uzależnione od tego najważniejszego. Związek numer jeden to związek z samą sobą. Kochaj siebie, zadbaj o siebie, zadbaj o ten związek. Poświeć sobie czas, zrób najlepszą kawę, upiecz najlepszy sernik, miodownik co tam chcesz…idź na spacer, idź z koleżankami do kina…nasza grupa na facebooku tez może Ci w tym pomóc…zadbaj o dobry sen, zadbaj o spokój wewnętrzny, nie pozwól sobie na złe emocje, otaczaj się pozytywnymi ludźmi, słuchaj innych kobiet. Daj sobie szansę na to, aby związek z samą sobą miał szansę się udać. Trzymam za ten związek kciuki.

  • SPEŁNIENIE

    Chodzi za mną to spełnienie od kilku tygodni. Jakie piękne to słowo, prawda? Wzbudzające, przynajmniej we mnie, pozytywne a może nawet wzniosłe uczucia. Spełniają się przecież marzenia, życzenia po cichu szeptane, spełniają się przepowiednie …a ja? Czy ja jestem kobietą spełnioną? Odkąd zaczęłam zaglądać w głąb siebie, poprzez pisanie, afirmację czy medytację, poznałam cel swojej podróży i powód, dla którego każdego dnia zwijam się z łóżka i stąpam po powierzchni, nie zawsze usłanej różami. Bo spełnioną być to  spełniać marzenia, więc je spełniam. Jedno po drugim, krok po kroku. Nauczyłam się już tego, że same się nie spełniają. Nie wystarczy popatrzeć w gwiazdy i wypowiedzieć życzenie. Nie wystarczy wypuścić do wody złotą rybkę i liczyć na cud. Marzenia się spełniają przez działanie. Pomyślisz może..kurcze znowu trzeba działać, znowu coś trzeba robić. Wiele osób tak myśli i za tą myślą idzie decyzja o „nic nie robieniu”, bo tak jest łatwiej, nie trzeba podnosić rękawicy, nie trzeba planować, dokształcać się, zmieniać czegokolwiek. A kobiety bardzo często wybierają to, co znane, bezpieczne, choć nie zawsze daje poczucie szczęścia. Myślę, że kobieta jest wtedy spełnioną, kiedy działa. To jest jak podróż, która zaczyna się na stacji o nazwie „Czego chcesz?” A kończy tam, gdzie jest „Szczęście” .

    1637176489651

     To właśnie wtedy jesteśmy spełnione, kiedy jesteśmy szczęśliwe, kiedy pojawia się euforia i kiedy wypełnia nas satysfakcja z działania.  Jednak wsiadając do pociągu musimy zadać sobie pytanie „Czego tak na prawdę chcemy i w którą stronę ten pociąg ma jechać?” A trasa wcale nie będzie łatwa. Pełna zakrętów, awarii, przesiadek. Ale zawsze do przodu. Brałam ostatnio udział w bardzo inspirującym spotkaniu „Kobiet Spełnionych”  i być może stąd ten temat urodził się w mojej głowie. Dr Monika Mularska-Kucharek (link do strony na fb) – organizatorka eventu, w piękny sposób przedstawiła kim kobieta spełniona jest i co jej to spełnienie daje. Ale przede wszystkim pokazała kilka drogowskazów, które kierują ten pociąg w odpowiednią stronę, w stronę szczęścia. Czyż nie wszystkie tego pragniemy? Czy szczęście nie jest  celem nadrzędnym?

     W tym zabieganym świecie, w którym wydreptujemy ścieżki pomiędzy swoimi rolami życiowymi, brakuje nam czasu dla siebie, energii dla siebie i refleksji nad pytaniami dokąd zmierzamy. Jakby to był luksus, na który nas nie stać. Tymczasem ten luksus  jest nam wszystkim dany po równo. CZAS. To on traktowany jest przez kobiety „po macoszemu”. 

                Ciągle zbyt wiele z nas uważa poświęcanie samej sobie czasu za egoizm, biczujemy się mentalnie za otaczanie samej siebie miłością, ograniczając ją do minimum. Luksusem jest samotny spacer po parku, wyjście do kina czy pół godziny z książką w ręku. Nasze blokady i przekonania, pieczołowicie wpajane latami, zadomowiły się w głowach wielu kobiet i trzeba ogromnego nakładu pracy, żeby je usunąć jak oprogramowanie z dysku. Nie  jest to łatwe. Bo jak, szybko i bezboleśnie pozbyć się wieloletnich naleciałości na dodatek nie wyrządzając nikomu krzywdy. Przyznacie, że to trudne zadanie. 

    Tymczasem owo poświęcanie czasu samej sobie dodaje kobiecie energii, która potrzebna jest wszystkim dookoła. Szczęście kobiety promieniuje przecież na całą resztę. Daje spokój i bezpieczeństwo dzieciom, atrakcyjność mężczyźnie i inspirację innym kobietom. Wbrew pozorom zatem ten czas dla siebie, to bardziej ładowanie akumulatorów, żeby świecić światłem dla innych. Dlatego namawiam kobiety do aktywności manualnej i kreatywnej, dlatego odsyłam do literatury rozwojowej i na warsztaty, których wokół cała masa. To dodaje energii, dodaje odwagi i wiary we własne możliwości.

    Kiedy kobieta znajduje czas dla siebie – pokazuje innym, że zasługuje na uwagę, że jest tej uwagi warta. Pokazuje też samej sobie, że może to zrobić, że udaje jej się ten czas zorganizować i nic złego się nie stanie, świat się nie zawali. Jest to wprawdzie odważne i odpowiedzialne stanowisko, ale tylko w taki sposób można podążać w kierunku spełnienia.

    Znasz pewnie, tak samo jak ja, kobiety uwieszone wręcz na swoich mężach, rodzicach, dzieciach bo tak im wygodniej albo inaczej po prostu nie potrafią. Co wcale nie oznacza, że się nie spełniają. Jeśli w tych obszarach kierują się swoimi wartościami i według nich żyją to jest to możliwe. Myślę, że kobieta sama czuje czy jej życie jest spełnieniem scenariuszy  innych osób czy swojego, napisanego świadomie . I na tej świadomości zatrzymałabym się, bo bardzo często nie zwracamy na nią uwagi. Życie wielu kobiet to taka podróż sponsorowana przez innych, nawet plan podróży, trasa, mapa jest sponsorowana, wymyślana przez innych. One tylko siadają na miejscu pasażera i po prostu „towarzyszą”, nie zastanawiając się gdzie, z kim i po co jadą. A kiedy przychodzi moment, w którym podróż je nudzi albo nagle dopada je choroba lokomocyjna szukają winowajcy….. kierując swój wzrok najczęściej na wszystkich sponsorów dookoła. I z tego punktu ciężko swoją świadomą trasę obrać, ale warto, bo na spełnienie nigdy nie jest za późno. Głęboko wierzę, że Twój pociąg jedzie w dobrą stronę, tylko Tobie znaną i że trafisz do naszej wspólnej stacji, jaka jest „Szczęście”.

    • Zapraszam do obejrzenia relacji z warsztatów Akademii Kobiety Spełnionej, które zorganizowała i prowadziła dr Monika Mularska – Kucharek (tu link do youtube)

     

  • SZCZĘŚLIWE PUZZLE

    Podczas różnych spotkań rodzinnych… z okazji urodzin, imienin, rocznic czy świąt wszelakich, życzymy sobie szczęścia. Jestem pewna, że takie słowa sypią się często z ust „odruchowo” bez większej filozofii,  na zasadzie, że „tak się po prostu mówi”. Z drugiej strony głęboko wierzę, że istotnie życzenie komuś szczęścia, płynie prosto z serca.  Jednak nawet wtedy, to „szczęście”, które jest takie ważne, może znaczyć dla każdego coś zupełnie innego. Bo czym jest szczęście? Zadałaś sobie kiedyś takie pytanie? Czym jest szczęście dla Ciebie? Kiedy ostatni raz byłaś szczęśliwa? Tak…naprawdę, bez puszenia się przed innymi, odpowiedz sama przed sobą. Kiedy to było, jakie okoliczności temu zjawisku towarzyszyły i czy dobrze się wtedy czułaś?

    Wychodzenie z „ran życiowych”, w których żyjemy, cała nasza rewolucja życiowa, której się podejmujemy, opiera się właśnie na pytaniach, na rozmowie z samą sobą. Dopiero wtedy tak naprawdę się poznajemy. Kobiety bardzo często czegoś chcą, ale tak naprawdę nie wiedzą czego. Właśnie dlatego, że brakuje  dialogu z samą sobą. Pamiętam, kiedy  mówiłam do koleżanki, że nie chcę tak żyć, że chcę inaczej, ale tak naprawdę nie wiedziałam jak. Gadałam byle gadać. Bo tak było łatwiej i wbrew pozorom to „wieczne gadanie”, marudzenie i użalanie się nad swoim losem jest takie proste, łatwe i bezużyteczne jednocześnie, bo nic za sobą nie niesie. Żadnych zmian.

    W moim gadaniu nie było przecież potrzeby pomocy, czy zmiany stanu, w którym byłam. Ważne natomiast było, żeby się „wygadać”. I bądźmy szczerzy – wygadanie się pomaga – to fakt, ale nie dwudziesty piąty raz i nie bez przerwy o tym samym. To tylko obarczanie swoimi problemami innych.

    Dochodzenie do wewnętrznej równowagi bardzo często opiera się na dialogu z samą sobą. Rezultatem tego jest właśnie uświadomienie sobie, że tak naprawdę nikt nic nam nie musiał mówić – jak żyć, co zrobić, co zmienić. Same do tego dochodzimy. Nie jest to proste, dlatego tak nagminnie tego unikamy. Wydawać by się mogło, że metoda – „pytanie, odpowiedź”– to najprostsza metoda terapii, tymczasem stosujemy całą masę wymówek, od braku czasu, poprzez brak przekonania aż po strach. Tego ostatniego chyba doświadczamy najczęściej, ja na pewno. Trzeba na prawdę dużej odwagi, żeby szczerze ze sobą porozmawiać. To przecież ja wiem o sobie najwięcej, to ja wiem, jaka jest prawda, nawet ta najmniej wygodna i to ja jestem swoim największym krytykiem. Ale to jest najważniejsza rozmowa, zmieniająca życie.

     Od zadania sobie pytania czym jest dla mnie szczęście rozświetla się na horyzoncie cel. A to już ogromny sukces. Dla Ciebie szczęście to może być bogactwo, dla Twojej przyjaciółki uroda, dla jeszcze innej możliwość podróżowania. Dla każdej z nas szczęście może mieć różne oblicze. Podczas licznych rozmów z kobietami, bardzo często jednak szczęście określane jest jako SPOKÓJ. Tak często opisują stan, w którym ostatnio były szczęśliwe. Kiedy ja myślę o moim szczęściu i przypominam sobie momenty, w których byłam szczęśliwa to również łączy je jedno – właśnie SPOKÓJ. To on daje mi poczucie szczęścia. Jest dla mnie ważny, dlatego do niego dążę. Nie jest to droga łatwa, ale możliwa do przejścia. Wiele z tych kobiet, którymi otaczam się na co dzień, pokonuje podobne drogi, i podobnie jak ja mają chwile zawahania, zniechęcenia. Bo proces zmiany nie należy do najłatwiejszych, często trzeba przewartościować swoje życie, często trzeba być konsekwentną i nauczyć się nowych nawyków życiowych, tak jak małe dziecko procesu stawiana nóżek na podłodze. Tymczasem kobiety często poddają się właśnie dlatego, że zmiany są trudne, tak jakby życie w „kieracie” należało do prostych. Kobiety pracują bardzo ciężko ponad swoje siły, zajmują się domem i dziećmi, wykonując pracę kucharki, sprzątaczki, kierowcy, niańki i korepetytorki w jednym. Są mistrzyniami w rozwiązywaniu wszelkich rodzinnych problemów, dźwiganiu niezliczonej ilości ciężkich reklamówek i magicznym sprzątaniu mieszkania przed wizytą perfekcyjnej pani domu w postaci teściowej. A konsekwentne dążenie  do szczęścia sprawia im trudność. Zastanawiające, prawda? Kiedy zaproponowałam koleżance słuchanie codziennie pięciominutowej afirmacji, stwierdziła, że dała radę tylko kilka dni, bo nie mogła znaleźć czasu. Kiedy poleciłam, żeby posłuchała jakiegoś motywacyjnego filmiku na YouTube, albo spróbowała medytacji – to też okazało się to zbyt trudne. Skala trudności okazuje się być zatem ogromna. Może się przecież okazać, że ten cel, który zaświecił na horyzoncie, nie jest taki ważny, żeby zmieniać nawyki. Może nie być na tyle ważny, żeby wprowadzać do swojego życia coś nowego, albo usunąć z niego coś, co nam szkodzi. Aby się o tym przekonać, trzeba i tak i tak ten cel zdefiniować.

    1635759181426

     Skoro już wiem, że moje szczęście to spokój i wiem, że jest to dla mnie dobre uczucie, wzbudzające pozytywne wibracje, to ja CHCĘ osiągać je jak najczęściej. CHCĘ podejmować działania, które mnie do tego szczęścia doprowadzą. Ja po prostu CHCĘ być szczęśliwa. Tak świadomie, a nie „byle gadać” Jeżeli dla Ciebie szczęście to dobra materialne, to jest ok. Jeśli jesteś szczęśliwa, wtedy, gdy kupisz sobie nowe buty, to jest ok. Jeśli jesteś szczęśliwa, spędzając wymarzone wakacje z ukochanym na tropikalnej wyspie, to też jest ok. Jest  ok szczęście, które osiągasz patrząc na pełne półki w Twojej spiżarni, uginające się pod ciężarem słoików z zaprawami. To wszystko jest ok, pod warunkiem, że czujesz się w tych momentach szczęśliwa. Warto jednak zauważyć, że ani jedna z tych sytuacji nie trwa wiecznie, wszystko przemija, wszystko się kończy i wtedy zaczyna się kolejny proces, który ma na celu kolejny moment szczęścia. Bo szczęście to momenty, to puzzle, z których składa się nasze życie. Są puzzle z namalowaną euforią, śmiechem, podnieceniem, ale też spokojem i ciszą. Czasem jeden element  z układanki wyjmujemy, czasem dokładamy, ale o szczęście trzeba dbać, trzeba je pielęgnować i jestem pewna, że to my same jesteśmy za to odpowiedzialne, nie ktoś inny, tylko my. Wydawać by się mogło, że szczęście może nam dać mężczyzna, dziecko, ktokolwiek inny…być może na chwilę tak, ale to są ciągle chwile. My jesteśmy odpowiedzialne za własne szczęście. Jeśli wiesz kiedy jesteś szczęśliwa, jeśli dążysz do takich momentów to możesz sobie pogratulować i iść dalej, pamiętając o tym, że szczęście to podstawowy filar naszego poczucia wartości. Łatwiej jest je zaniżyć, jeśli kobieta nie jest szczęśliwa. Dlatego tak ważne jest poznanie swoich pragnień i dążyć do tego, co ważne, bo kobietom szczęśliwym żyje się łatwiej.

    Dużo szczęścia Wam życzę.

  • Za krótkie gacie

     

    Pamiętam ogromną burzę wokół szkolnych mundurków, kiedy moja pierwsza córka poszła do podstawówki. Grupa rodziców, tych „za i przeciw” zerkała na siebie posępnym wzrokiem na każdej wywiadówce, ja byłam „za”. Tak bardzo się cieszyłam, że moja córka w tym szarym kraju będzie nosiła mundurek jak jakaś amerykańska uczennica z collegu. Były to, co prawda zwykłe granatowe kamizelki z przyszytą tarczą szkoły, ale zawsze.

     Podobały mi się szkolne wycieczki w miejskim autobusie opasane w identyczne uniformy. Nie przemawiały do mnie argumenty, że za grube, że niepraktyczne albo nijakie. Dla mnie była ważna przynależność do jakieś grupy i możliwość identyfikacji z innymi. Sama na przestrzeni szkolnych lat nosiłam mundurki, które określano mianem „fartuszków”, te to dopiero były hitem. Też granatowe, choć nie koniecznie atrakcyjne, z odpinanymi, białymi kołnierzykami i tarczą na lewym ramieniu. Wszyscy byliśmy równi, mogła nas wyróżniać jedynie wiedza, przebojowość albo talent, na pewno nie ubrania. Z taką nadzieją każdego ranka moja córka naciągała na siebie granatowy uniform w „serek”.

    1629048712196

     Społeczeństwo od zawsze daje upust swoim buntom, jeśli chodzi o ubrania. Zazwyczaj dotyczy on pakowania ciał w jednakowe, zbyt skromne i mało atrakcyjne kubraczki, wykonane ze słabej jakości tkanin. Fartuchy w fabrykach, garsonki w bankach i mundurki w szkołach. Zawsze się zastanawiałam czy taki bunt miewają też policjantki, żołnierki czy zakonnice. Domyślać się mogę, że nie. Wiedzą przecież z czym wiąże się ich zawodowy wybór. Marząc o tym, żeby zostać policjantką zdają sobie sprawę, że mundur jest obowiązkowy, wybierając powołanie w służbie Pana Boga, zdają sobie sprawę, że ubiór zakonnicy od lat jest taki sam. Czy zatem wybierając pracę w jakimś banku, widząc jak kobiety przemieszczają się w garsonkach nie powinny brać pod uwagę, że po pozytywnym przejściu rekrutacji, również w taki wskoczą? Czy wybierając dla dziecka szkoły nie powinny się spodziewać, że dla nich również jeden z tych mundurków będzie przeznaczony? Skąd zatem ten bunt?

    Może to bunt dla samego buntu, a może chęć zmiany świata, zmiany zasad? Może to, że kobiety chcą wyglądać atrakcyjnie?

    Tymczasem większość tych mundurków nasze, kobiece ciała zakrywa.

     A może bunt bierze się z tego, że kobiety lubią wyglądać  oryginalnie, inaczej niż pozostałe. Lubią swoim strojem wyrażać siebie, swoją osobowość, może nawet wabić, kusić lub, odwrotnie, odrzucać innych. Zdaję sobie sprawę, że ubiór służy nie tylko ogrzaniu, czy zasłanianiu. Tymczasem ostatnio pojawiło się zupełnie nowe zjawisko…odkrywania. Zbytniego odkrywania ciała. Temat pojawił się, gdy podczas ostatniej olimpiady zaczęto zwracać szczególną uwagę na to, w jakich strojach występują siatkarki, gimnastyczki czy biegaczki. Bardzo dużo różnych emocji towarzyszyło mi kiedy obserwowałam komentarze, zdjęcia i transmisje. Od takiego zwykłego oburzenia, że jak to, dlaczego one muszą w takich skąpych gatkach grać w piłkę i pokazywać dupsko milionom ludzi na całym świecie, a nie koniecznie tego chcą. Aż po taki sam głos w głowie jak ten, który towarzyszył mi podczas wywiadówek. Na litość boską… przecież od zawsze takie gatki noszą i jeśli coś im się nie podoba to przecież nie muszą trenować. Nie wiem jakie wytłumaczenie bardziej mnie przekonuje. Po prostu nie wiem, jak się okazuje nie każdy z nas ma takie czarno białe uzasadnienie. Jedno wiem na pewno burza wokół strojów  przyćmiła mi całkowicie przyjemność z kibicowania, radość z wyników…kompletnie nie wiem kto i w jakiej dziedzinie zdobył medal.

    1629048733400

     A wystarczy przecież po prostu rozmawiać. W każdej sytuacji, w której pojawia się problem można spokojnie porozmawiać. Niestety, nie umiemy rozmawiać. Ludźmi kierują emocje, często złe emocje, często podsycane opiniami innych, niekiedy tych, którzy mają jakiś konkretny interes w takich burzach. Brakuje rozmów, kompromisów brakuje, przedstawiania swojego stanowiska i swoich pomysłów brakuje. Nie brakuje za to kłótni, sprzeczek, hejtowania i obrażania jedni drugich. Strój jest często obowiązkowy w różnych instytucjach i albo się to przyjmuje do wiadomości, albo nie. Można podejmować działania do zmiany, przedstawienia za i przeciw, ale sprzeciwianie się dla samego rozpalania ognia jest działaniem przyćmienia swoich kompetencji czy talentów. Zawsze przecież mamy wybór, działamy lub nie, to też jest wybór.

    Mam nadzieję, że nie damy się zwariować, że zawodowa tancerka nie będzie się buntować przeciwko założeniu koronkowej sukienki na konkursie tańca towarzyskiego. Mam nadzieję, że nie powstrzymamy dziecka przed edukacją w jego wymarzonej szkole tylko dlatego, że trzeba nosić tam jakiś nudny mundurek. Mam nadzieję, że Wasze córki nie zrezygnują z kariery pływackiej bo trzeba założyć strój kąpielowy. A jeśli chciałybyście zmieniać te wszystkie zasady, wpisać w regulaminy swoje, nowe, inne po prostu…. to zacznijcie w tym kierunku działać. Tak jak wywalczyły to kobiety chcące wprowadzić spodnie jako legalny strój kobiecy w latach 50-tych XX wieku. Rewolucja możliwa jest zawsze, trzeba się tylko zastanowić czy mamy na nią wystarczająco dużo siły i energii na czas dłuższy niż tylko kilka dni Olimpiady.

  • Krytykantka

    Jestem zdecydowanie przekonana, że większość z nas, kobiet, nie lubi krytyki. Ani tej kąśliwej ani tzw. konstruktywnej, ani żadnej. Zawsze zastanawiam się skąd biorą się opinie, że jest ona potrzebna, ba, nawet lubiana, skoro prawie wszystkie kobiety, jakie znam obrażają się, zasmucają lub nawet załamują, słysząc jakieś krytyczne komentarze kierowane pod ich adresem.

    Jesteśmy ludźmi, mamy uczucia, a co niektóre z nas są nawet bardzo wrażliwe. Bycie odbiorcą krytyki to nie jest dla nas ulubiona pozycja. Byłam kiedyś świadkiem takiego krytykowania żony przez męża.

    „Kochanie, następnym razem nie dodawaj tyle bazylii”,

     „Kochanie, zdecydowanie korzystniej wyglądałaś w poprzedniej fryzurze”, „Kochanie, nie denerwuj się, to dla Twojego dobra, żebyś następnym razem nie popełniła błędu”.

    Aaaaaaaa, też się w Was zagotowało?!! Bo u mnie krew buzowała strasznie, tymczasem „Kochanie” milcząco przyjmowała tę krytykę, tylko, że po kilku dniach „Kochanie” wybuchało nagle płaczem, nie wiedzieć czemu. Zbierało i zbierało te wszystkie „uwagi, porady i dobre słowa” w milczeniu po to, żeby wybuchnąć jak Etna w najbardziej niespodziewanym momencie. No i ja nie wiem czy to jest dobre. Wiem, że ten mąż miał niezły ubaw krytykując żonę, wiem też, że zawsze znajdzie się ku temu powód. Może rzeczywiście krytyka jest potrzebna po to, żeby coś zmienić, żeby kolejnym razem zrobić coś inaczej, tylko czy my jej w ogóle chcemy? Ja krytyki nie lubię bardzo i w ogóle się tego nie wstydzę. Nawet jeśli istotnie po jej przeanalizowaniu mogę przyznać rację osobie, która się odważyła mnie skrytykować, to nie mam do końca pewności czy była ona w ogóle potrzebna. Wolałabym chyba dojść do pewnych wniosków sama. Poza tym jest ogromna różnica pomiędzy krytyką, zwracaniem komuś uwagi, wyrażaniem opinii czy doradzaniem.

    1628367373565

    Mamy zazwyczaj problem z krytykowaniem bez ranienia drugiej osoby, bez wchodzenia w drażliwe zakątki i bez kąśliwości, która gdzieś pomiędzy słowami się kryje. Krytykować trzeba umieć, trzeba mieć ku temu zdolności i predyspozycje. Ponad wszystkim jednak w każdym z tych przypadków nie jest wskazane „wychylanie się” . Jakże często taki „krytykant” wyraża swoją opinię nie pytany, „doradca” doradza nie proszony i chyba wtedy krytyka boli najbardziej. Spotkałam się z taką krytykantką, która negowała styl życia swojej siostry, notabene ta nie prosiła jej o żadną opinię w tym temacie. Była odporna na te uwagi do czasu.

    Doszły obie do granicy, za którą znajdowało się tylko milczenie. Po wielkiej burzy słów, już dobrych parę lat, nie rozmawiają ze sobą. Czy było warto być krytykantką. Komu krytyka jest potrzebna, czy wnosi coś dobrego w życie? Ludzie pozwalający sobie na krytykowanie kogoś innego, moim zdaniem, powinni charakteryzować się jedną zasadniczą cechą – profesjonalizmem w danej dziedzinie. Ktoś, kto krytykuje biznes sam powinien być biznesową szychą, ktoś kto krytykuje czyjeś życie osobiste powinien poświadczać to swoim nieskazitelnym lub takim, na podstawie którego można naprawić błędy. Czy tak jest we wszystkich przypadkach? Przyjrzyj się osobom, które często Cię krytykują, czy one są mistrzami w tych dziedzinach? Czy mają do tego uprawnienia? Dużo szukałam pozytywnych aspektów krytyki, na próżno. Ja ich nie widzę, nie działa na mnie ani ta zewnętrzna ani tym bardziej wewnętrzna, a ona jest chyba najgorsza. U wielu kobiet pojawia się i niestety wyniszcza od środka. Atakuje zarówno poczucie własnej wartości, pewność siebie i szacunek do samej siebie. Krytykowanie swoich działań, wyglądu, braku osiągnięć i nie docenianie samej siebie wpływa na nas bardzo destrukcyjnie. Sama sobie i Wam również, proponuję zlikwidować wewnętrzną krytykę i zastąpić ją chwaleniem. Takim codziennym, rutynowym. Za dobrą pracę, za dobry obiad, za to, że nie narzekałyśmy przez cały dzień, a przede wszystkim, że dałyśmy radę. Każdego dnia pochwal siebie samą, pochwal inną kobietę. Jestem pewna, że wówczas nikt na krytykę nawet nie wpadnie a życie bez niej okaże się dużo bardziej pozytywne.

  • Nasza grupa

    Ponad dwa lata temu stworzyłam na facebooku grupę „Kobieta Warta Milion”. Po co? Po to, żeby mieć kontakt z kobietami dla których piszę, robię to przecież nie tylko dla siebie. Chciałam znać ich opinie o moich artykułach, czy się ze mną zgadzają czy nie. Jakie jest ich spojrzenie na świat, który nas otacza. Każda z nas przecież jest inna i każda niesie inny bagaż doświadczeń. To dla mnie ważne, żeby mieć jakiś odnośnik, jakiegoś odbiorcę. Nie sądziłam wtedy, że z biegiem czasu tak wiele z tych kobiet poznam osobiście i będę miała z nimi tak bliski kontakt. Internet to nie tylko śmieszne zdjęcia, cytaty czy konkursy i ankiety. To przede wszystkim „obecność”. Tak, jest bardzo ważna. Nawet jeśli nie każda z członkiń grupy  i nie zawsze, wchodzi w jakiś post i nie bierze czynnego udziału, w tym co publikuję, to wiem, że jest gdzieś tam daleko, lub całkiem blisko. Poczucie, że nie jesteśmy same jest przecież bardzo ważne. Kiedy kobiety piszą, że mi dziękują, że jakiegoś kopa dają im moje wpisy lub artykuły, do których je często odsyłam, że osiągają pion w swoim życiu, to jest to dla mnie znak, że warto, że to wszystko ma sens. A świat jest przecież pełen ludzi tak mało życzliwych, obserwujących jedynie porażki i upadki, ludzi, którzy zamiast dopingować ciągną w dół, w tym też kobiety. Głęboko jednak wierzę w to, że dobra energia będzie miała większą moc i większy zasięg, dlatego każdego dnia jestem obecna i czuję te obecność z drugiej strony.

    Są to kobiety w różnym wieku, z różnym doświadczeniem zawodowym, posiadające lub nie – mężów, dzieci, majątek duży lub mały. W obliczu poważnych problemów lub małych radości, to wszystko nie ma znaczenia. I to jest dla mnie piękne. Bo uczucia, lęki, dylematy czy rozterki, takie nasze..kobiece są  wspólnym mianownikiem.

    Bycie w grupie na Faceboku nie oznacza wcale utożsamiania się z nią. Wiem, co mówię, bo do wielu grup należę bądź należałam i nie w każdej odnalazłam to, czego szukałam na początku. To nie jest takie oczywiste, że zapisując się do jakiejś grupy zostaniemy tam na dłużej. Po drodze nie spełnia ona naszych oczekiwać, nie zgadzamy się z jej profilem lub po prostu wieje od nich nudą. Ja odnoszę wrażenie, że kobiety na mojej grupie lubią po prostu tam być. Dzięki mojej pracy i zaangażowaniu czuję ich obecność przez ekran smartfona, czuję ich otwartość na to, co im proponuję. Wiem, że bez tego grupa by nie istniała, dlatego te dwie strony internetowego medalu świetnie współpracują ze sobą, za co im dziękuję i gratuluję.

    Dziękuję, że jesteście.

  • Usprawiedliwienie na gwałt

    Niejaki pan Jerzy P. stwierdził, że „okazja czyni gwałciciela”. Wcale by mnie to nie zdziwiło, gdyby był to jakiś przygłupi gbur spod budki z piwem, ale to psychiatra sądowy, który swoje opinie wyrażać się odważa w ogólnopolskiej stacji telewizyjnej. Jakiś inny „dziad”, również w eterze, głosił tezę, że „gwałt małżeński to fanaberia feministycznych kobiet”. I dochodzą każdego dnia do nas informacje, że jakieś tam sprawy są w toku, że pojawiły się zarzuty, świadkowie, ale… wiecie co… to się nie skończy. Zawsze znajdzie się jakiś „dziad”, który takie szowinistyczne mądrości będzie odważnie artykułował gdzie popadnie. Słyszymy potem wyjaśnienia, że „wyrwane z kontekstu”, że „nie to autor miał na myśli”.

    Otóż GÓWNO PRAWDA !!!

     Dokładnie to miał na myśli i nic mu się nie wyrwało. Takie teorie gnieżdżą się w jego głowie a język tylko je wypowiedział.

    1627112855733

    Nie dotyczy to oczywiście tylko i wyłącznie mężczyzn, o nie. Są przecież kobiety, które zakodowane mają w głowie, że sex małżeński to „obowiązek”, sama słyszałam na własne uszy. Słyszałam, że „trzeba przecież dać, jak mąż chce”.

    Są takie kobiety, którym „wyrwie się z kontekstu”, że „sama chciała, sama się prosiła, była pijana, albo miała zbyt wyzywający strój”.

    Nie dziwi zatem fakt, że aż 30% Polaków i Polek uważa, że w niektórych przypadkach gwałt może być usprawiedliwiony – tak mówią badania, które opublikowała Komisja Europejska. Od samego pisania, już czuję, jak siwieją mi włosy na głowie. Tym czynnikiem usprawiedliwiającym jest właśnie zbyt prowokacyjne zachowanie, strój, dobrowolne zaproszenie potencjalnego gwałciciela do domu, albo odwiedzenie jego samego, alkohol, pod wpływem którego znajdowała się kobieta, lub…bycie ŻONĄ.

    Też Wam się zbiera na wymioty? Bo mi bardzo. Za każdym razem czuję obrzydzenie do wszystkich, którzy wygłaszają takie tezy. Zapominając o jednym najbardziej wymownym słowie we wszystkich językach świata – NIE.

    1627112887790

    „A co mam zrobić, kiedy on mi grozi, że wyrzuci mnie z domu? Gdzie mam iść? Pod most? No to idę z nim do łózka, nawet wtedy, kiedy nie chcę, nie mogę, nawet jak mnie boli, a boli. Leżę cicho, żeby synka nie obudzić. M.”

    „Boję się go po prostu. Kiedy przychodzi wieczór piję jakikolwiek alkohol, wtedy mniej boli. A potem płaczę, jak on zasypia. Nie chciałam takiego życia. K.”

    „To nie jest zły człowiek. Może ze mną coś jest nie tak, że tak ciągle nie chcę. Przecież to mój mąż. Gdzie ma iść? Nie chcę, żeby mnie zdradzał E. „

    Cała masa takich zdań towarzyszy rozmowom i mailom, które do mnie docierają. To nie jest problem jednostki, to nie jest sprawa, która dotyczy jednej, czy dwóch kobiet w Twoim mieście. To problem bardzo duży. Nie wiem na ile to może być pocieszające, ale jeśli dotyczy to Ciebie, to wiedz, że nie jesteś sama, bardzo wiele Polek regularnie jest gwałconych przez bliskie osoby. Wiedz też, że to nie jest normalne. Jeśli to zrozumiesz, to już pierwszy krok za Tobą.

    Co z tym zrobić? Chciałabym napisać, że nie ma takich korzeni w lesie, których nie da się przeskoczyć, że nie ma takich gór, których nie da się pokonać, ani rwących rzek, których nie da się przepłynąć, czyżby? Myślę, że ludzie z takim zaśmieconym umysłem zawsze byli, są i będą. Zarówno sprawcy, ofiary jak i Ci najbardziej  mieszający w tym całym, brudnym, systemie – usprawiedliwiający. Mało jest takich problemów społecznych, które są dla mnie tak jasne i klarowne jak ten, naprawdę mało. Bo dla mnie sprawa jest prosta i czarno biała. Dla gwałtu USPRAWIEDLIWIENIA po prostu NIE MA.

    Czytając o takich problemach, obserwując je w telewizji, słuchając  kobiet, które znam osobiście utwierdzam się w przekonaniu, że praca nad poczuciem własnej wartości przynosi kolosalne korzyści. Wszystkie bowiem osoby, o których pisałam wcześniej, miały z tym przecież problem. O ile przypadkowy gwałt na ulicy, czy w parku może spotkać kobietę, która swoje poczucie własnej wartości ma wysokie, o tyle uleganie regularnym gwałtom bliskiej osoby  ..brata, ojca, wujka, męża…zasługują na skupienie się na sobie. Tak, na sobie. Twoja wartość Agnieszko, Kasiu, Justyno…. To podstawa Twojej równowagi, podstawa człowieczeństwa. To ona postawi Cię na nogi, na obie nogi. Choćby zebrał się sztab psychologów, terapeutów i innych mądrych głów i przekonywał Cię, że to jest złe i że wcale nic nie „musisz”, że nie zasługujesz itd. Itd. To nic się nie zmieni, jeśli Ty sama nie dostrzeżesz w sobie kogoś ważnego, najważniejszego w swoim życiu. Samej siebie. Warto się nad tym pochylić i zacząć pracę nad sobą już dziś, bo każdy dzień zwłoki osłabia Ciebie i Twoją siłę, a przecież ona gdzieś tam głęboko w Tobie drzemie, drzemie w każdej z nas. Daj sobie szansę i zacznij żyć w zgodzie z samą sobą. Wiem, że to potrafisz.

  • Posadzić drzewo

    Jakże często życie podrzuca nam, mniej lub bardziej subtelnie, kłody pod nogi. Jakże często stawia nas przed wyborem, przed podjęciem decyzji, przed wyrażeniem opinii. I ja myślę, że jest to po coś. Że to nie dzieje się tak, że ten świat jest zły, że nasz los „już taki jest”, albo mamy pecha. Tylko takie momenty budzą nas z „rutynowego letargu”. Oczywiście myślę tak teraz, po przeskoczeniu wielu tych ogromnych kłód, podjęciu trudnych decyzji i wymuszeniu na sobie samej wyborów, co do których nie byłam do końca przekonana czy są słuszne. Z perspektywy czasu wszystkie te momenty stają się bardziej klarowne i bardziej… proste. To daje nadzieję, wszystkim tym, które dzisiaj stają przed trudnym wyborem, które myślą, że znalazły się w „czarnej dupie życia”, że są w jego najgorszym momencie. Mi takie myślenie pomaga. „Za jakiś czas okaże się, że to wcale nie jest takie trudne”.

    Te „zwroty akcji”, które mam na myśli, są niczym innym jak zmianami – takie popularne to słowo się zrobiło, z racji tego, że zaczęłyśmy coraz mniej się ich bać. Mam na myśli kobiety, które zdobywają świat, które podejmują decyzje, o które same wcześniej by się nie podejrzewały, które wreszcie stawiają sobie, otoczeniu i ŻYCIU swoje własne warunki. Wiecie doskonale, że te zmiany bywają tworzone przez nas same, są rezultatem podpowiedzi innych osób, albo wręcz podrzucane nam przez los, tak, że trudno jest się im sprzeciwić. Bo zmiany nie zawsze są łatwe i przyjemne, nie zawsze też są przez nas wyczekiwane. Kiedy nagle otrzymujesz wypowiedzenie z pracy i z dnia na dzień tracisz dochód, który potrzebny Ci jest na przeżycie od pierwszego do pierwszego, albo kiedy właściciel mieszkania, które wynajmujesz oświadcza Ci, że masz tydzień na wyprowadzkę bo mieszkanie zajmie jego córka z mężem. Taka „kłoda” spada na Ciebie jak grom z jasnego nieba. Czujesz bunt, niepewność, niesprawiedliwość, strach…. Tak. To on towarzyszy zmianom najczęściej. I to bez względu na to, czy są one skrupulatnie zaplanowane czy są właśnie takim „gromem z jasnego nieba”. Oczywiście tym drugim dodatkowo towarzyszy refleks podejmowania decyzji, pobudzenia w głowie nowych pomysłów, wykreowania nowych rozwiązań, szukania nowej pracy i nowego mieszkania w szybszym tempie. Ale strach jest zawsze tam, gdzie zmiana.

    1624728499168

     

     Każdej zmianie pracy w moim życiu towarzyszył strach. Tej nagłej i tej zaplanowanej. Bałam się nowego miejsca, nowych ludzi, siebie się bałam, czy sobie poradzę, czy ja to w ogóle potrafię. Bałam się zostać matką, czy spełnię się w tej odpowiedzialnej roli, czy będę dobrą żoną, bałam się wyruszyć w pierwszą samodzielną daleką podróż, bałam się jaki odbiór będzie miał mój blog i bałam się wystąpień publicznych… jak diabli się bałam. Wielu zmian nie podjęłam, były takie przed którymi uciekłam, zrobiłam unik i schowałam się pod kołderką stabilizacji. Jednych żałuję innych nie, ale ciągle wiem, że wiele jeszcze przede mną. Zarówno zmian jak i lęku, który będzie im towarzyszył. Są też takie zmiany, których nie boję się w ogóle. Dziś się nie boję. To ludzie…rozmowy z nimi. Ja to po prostu uwielbiam. I nie zawsze tak było. Nie urodziłam się taka wiecie, hej do przodu i komunikacja z ludźmi to nie był dla mnie chlebek powszedni, którym karmiłam się każdego dnia. Nie. Pokonywałam strach związany z rozmowami z nowo poznanymi ludźmi, bo bałam się…choć nie bardzo wiedziałam czego. Oczywiście dziś już wiem, przepracowanie tych momentów w mojej głowie oraz praca nad poczuciem własnej wartości otworzyły mi oczy na ten „głupi” i bezpodstawny strach. Czy na pewno „bezpodstawny”? Podstawy przecież były, a właściwie jedna  – brak poczucia własnej wartości. No bo jak być odważną w rozmowie z innymi, skoro tej odwagi brakowało od środka, skoro  siebie stawia się o kilka poziomów niżej i chowa pod płaszczykiem „gorszości”. To zawsze będzie trudne i związane ze strachem.

     U mnie strach wiązał się z obawami przed brakiem kontroli nad tym, co nowe, nie znane, to stare było znane. Czasem nie korzystne dla mnie, czasem krzywdzące, a czasem po prostu nudne, ale było znane. Rozmawiałam kiedyś z kobietą, która po wielu latach uwolniła się ze strasznie toksycznego związku, pełnego bólu i przemocy. Jej trwanie… latami trwanie… przy facecie, który znęcał się nad nią i synkiem było spowodowane strachem o inny dzień, bez niego. Z jednej strony chciała tego, wyobrażała sobie jak to będzie, marzyła o spokoju, ciszy w domu i pełnych miłości oczu synka, wpatrzonych w szczęśliwą matkę, ale z drugiej strony bała się, że …… będzie jeszcze gorzej niż do tej pory. I trwała tak, kolejny rok i kolejny. Przyzwyczaiła się do stanu w jakim trwała, towarzyszyły jej same złe emocje i niskie poczucie własnej wartości i to ono blokowało ją przed podejmowaniem decyzji o samej sobie, o dziecku, które przecież kochała.  To takie „życie przez zasiedzenie”, z przyzwyczajenia. Była przekonana, że lepsze jest znane piekło niż nieznany raj. Potrzebowała impulsu, momentu tzw. przejrzenia na oczy i pokonania potwornego strachu.  Doszła do tego po wielu latach, nawet kiedy już została sama, tęskniła do  koszmaru w którym było jej źle, ale go znała. Strach nie bierze się przecież z tego co znamy, tylko z tego co jest niewiadomą. Nad niewiadomą ciężko jest mieć kontrolę. A kontrola z kolei jest dla nas wszystkich prawdopodobnie jednakowo ważna. Lubimy wiedzieć co nas czeka kolejnego dnia, lubimy wiedzieć ile nam zapłacą za wykonaną pracę, lubimy wiedzieć gdzie są nasze małe dzieci, lubimy wiedzieć którym pociągiem dojedziemy do celu  itd. Itd. Lubimy być pewne, lubimy mieć kontrolę bo ona daje nam spokój. A nad nową sytuacją kontroli może brakować, dlatego siedzimy w chorym związku, w którym nie chcemy być, pracujemy latami w miejscu w którym nie chcemy być i robimy coś, czego naprawdę nie chcemy robić. Nie bez powodu wspomniałam o zmianie zaplanowanej, świadomej bo ona daje nam ziarenko  kontroli nad tym co nowe, możemy ją sobie przecież zaplanować i podejść na spokojnie.  Ja, do takiej świadomej zmiany,  kobiety zachęcam. Co mi pomaga w podejmowaniu  decyzji o zmianie? Rozmowa z samą sobą, zadawanie samej sobie zasadniczych pytań. Dziś kieruję je do Ciebie:

    Czy jesteś szczęśliwa?

    Czy żyjesz tak, jak chcesz żyć?

    Czy jesteś szanowana?

    Czy kochasz samą siebie?

    1624728519970

    Zawsze zadaję sobie te pytania przed najmniejszą choćby zmianą. One rozświetlają niepewność i zapędzają strach w jakiś szary kąt. I z całą świadomością mogę dziś stwierdzić, że każda kolejna zmiana była „lepsza”, wartościowa, czegoś mnie uczyła, wyciągałam z niej swoje wnioski. A co za tym idzie podnosiła moje poczucie własnej wartości, ale zmniejszała strach przed kolejną zmianą. No bo skoro te zmiany są po coś, to czego się bać. Myślicie, że to proste? Nie, ale pomaga, troszeczkę, odrobinkę, ale zawsze. Dlatego dziś o tym piszę, bo może pomoże i Tobie. Jeśli stoisz na rozdrożu, jeśli chcesz, ale się boisz, to po prostu zrób to. Wybierz, podejmij decyzję, bo jeśli nie Ty, to ktoś inny podejmie ją za Ciebie. I tego się trzeba bać. Bo wtedy kontrolę też przejmuje ktoś inny. I nigdy spokoju nie będzie. Dla mnie ważne jest spokojne życie, życie w szczęściu i wewnętrznym spełnieniu. Dlatego zawsze podejmując decyzje o zmianie myślę o sobie, bo wiem , że spełniona i szczęśliwa JA daję całemu otoczeniu siłę i spokój. Wiem, że spełniona i szczęśliwa JA zrobię dobrze nie tylko dla siebie ale dla otoczenia i to mi daje siłę przed pokonywaniem kolejnej kłody, przed wyborem ścieżki  i przed decyzją, nawet najtrudniejszą. A ta siła jest potrzebna, żeby nie odkładać  decyzji, bo to jest okrutne, dla mnie samej okrutne. Refleks jest ważny, poczucie własnej wartości jest ważne, dodaje siły i pewności siebie i powoduje, że decyzja o zmianie jest łatwiejsza. Mimo tego, że są zmiany złe, nie trafione, tak, wiem, że są. Ale czy chciałabym żałować, że jej nie podjęłam? Na pewno nie, nie lubię żałować. Znam kobiety, które po latach żałują, że w pewnym czasie nie podjęły decyzji, że nie posadziły swojego szczęścia w żyznej glebie. Mają bowiem świadomość tego, że dziś cieszyłyby się ze skutków tej decyzji. Dociera do nich informacja, że najlepszy moment na posadzenie tego szczęścia był jakieś trzydzieści lat temu. Ważne sprawy w życiu są czasem jak drzewo, jak krzak róży, cieszymy się nim dziś ale posadziliśmy je kilka lat wcześniej. Jeśli ciągle się wahasz to usłysz, że moment na zmianę jest dobry zawsze, jeśli Ty chcesz, żeby takim był. Jeśli nie dziś, nie jutro, nie za tydzień to może za dwa, ale nie dopuść do tego, żeby żałować, że nie posadziłaś drzewa…NIGDY.

  • Idealna

    Piękna, długonoga blondynka o aksamitnej, opalonej cerze biega obok nas na plaży. Dookoła niej grupka wysportowanych facetów z sześciopakiem na brzuchu, adorujących każdy jej krok, każde słowo, każdy chichot. Co czujesz, patrząc na to wszystko ze swojego pasiastego leżaka? Lubisz, nie lubisz? Podziwiasz, zazdrościsz? Zastanawiasz się czy żyjesz jeszcze, czy to jakaś scena ze „Słonecznego patrolu”? Większość odpowie „nie lubię”.

    Nie wstydź się, nie oceniaj źle. Tak odpowie 90% społeczeństwa. Nie lubimy ideałów. Po prostu. Jest to udowodnione naukowo i nie ma co od faktów uciekać. Żeby jeszcze się potknęła, albo cellulit miała, to jakieś ziarenko sympatii się w człowieku pojawia, ale ideał???  Co to to nie.

    Nie tylko kobiety nie lubią innych idealnych kobiet. Ludzie ogólnie czują do takich „doskonałych” osób niechęć. Nie wiem czy zdarzyło Ci się poznać osobę „doskonałą” w każdym calu, zarówno z wyglądu, zachowania, kariery, rozwoju. Jednym słowem piękna, bogata, bez skazy. Ja Wam się przyznam bez bicia, że nie. Moim zdaniem każdy ma jakiś „defekt” i to czyni go dopiero „normalnym”. Tzw. człowieczeństwo od zawsze przyciągało ludzi do siebie. Nauczyciel, rodzic, przyjaciel, który nie jest idealny wydaje się być wiarygodny, w myśl powiedzenia, że „prawdziwych ideałów nie ma”. Jest nawet takie zjawisko w psychologii, które nazwano „Efektem Pratfalla”, a które potwierdza, że atrakcyjność człowieka wzrasta lub maleje w zależności od popełnianych błędów. Osoby zbliżone do ideałów tworzą zupełnie nieświadomie taką barierę niedostępności, którą innym ludziom ciężko jest przekroczyć.

    1622324501934

    Miałam kiedyś taką koleżankę, jej mama to był dopiero ideał. Piękna, mądra, miała świetną pozycję w pracy, chata ogarnięta w każdym calu. Pamiętam, że chodziła po domu ubrana w takie szykowne, typowo biurowe garsonki, ołówkowe spódniczki, domowe kapcie na koturnie, pomalowana jak na wielkie wyjścia, koszule męża i firanki na oknie wyprasowane na kant. No po prostu ideał. I co? No nikt jej nie lubił, żadna z koleżanek Marzeny nie pałała do niej sympatią. Czyli to jednak prawda, że takich „chodzących ideałów” nie lubimy.

    Jaki z tego morał? Ano taki, że nawet jeśli popełniasz błędy, nie jesteś doskonała to nie należy się biczować z tego powodu no i bardziej wzbudzasz sympatię u innych, niż gdybyś w istocie taka była. Nie znaczy to wcale, że ta teoria ma być usprawiedliwieniem dla porażek na każdym kroku, to byłoby za proste. Ludzie popełniali błędy i nadal będą to robić, ważne, aby nie uznawać tego za normę. Ile ja błędów popełniłam to za głowę mogę się złapać. Takich małych, nie wiele znaczących i takich, które miały ogromny wpływ na moje życie. Jedne można naprawić, z innymi muszę się pogodzić, ale zawsze wyciągam wnioski. Przyznaję się sama przed sobą, że „tak, popełniłam błąd”. Nie oskarżając nikogo innego, oprócz siebie.  Analizuję jak do nich doszło, czemu, co mogłam zrobić inaczej, jak uniknąć podobnych i zamykam temat. Nie wracam, szkoda mi czasu. Świadomość tego, że nie jestem idealna otwiera przede mną kolejne drzwi i kolejne i wiem, że ciągle przesuwam swoje granice. Jednak nie popełniałam tych błędów z myślą o sympatii u innych. Szczerze mówiąc nigdy mnie to szczególnie nie interesowało.

    1622324528480

    „Nikt nie jest idealny” takie słowa słyszę często i to w zupełnie innym znaczeniu. Znam kobiety, które na każdym, no naprawdę na każdym kroku tłumaczą swoje potyczki takim właśnie brakiem doskonałości. No, nie tędy droga. Nie dajmy się zwariować. Nie można każdej porażki, pomyłki, błędu tłumaczyć tym, że nie jesteśmy doskonali. Trzeba znaleźć umiar, jak we wszystkim z resztą. Taka równowaga dotyczy wielu płaszczyzn. Najważniejsze, żeby nie przeciążyć szali. Możemy być nie doskonałe, to nawet wymagane, ale nie traktujmy tego jak wymówki.  A fakt jest taki, że jak ktoś chce to zawsze ją znajdzie. Złoty środek znaleźć jest trudno, najlepiej byłoby podążać za swoim wnętrzem, swoimi wartościami i traktować siebie poważnie, odpowiedzialnie. Ktoś, kto każdy swój błąd i każdą porażkę podpina pod hasło „Błądzić jest rzeczą ludzką” daleki jest od odpowiedzialności za siebie samego. I nie ma dużej różnicy pomiędzy idealną figurą tej laski na plaży a mądrą prelegentką na firmowej konferencji. Dla osoby z boku to jest ideał. Czy go lubisz czy nie, on po prostu istnieje. Jedynym sposobem na ignorancję tego uczucia jest skupienie się na sobie i swoim dążeniu do ideału, takiego własnego. To zdecydowanie zdrowsze i bardziej ludzkie.

  • Dla wszystkich mam

    Słysząc poranną rozmowę za moimi plecami, w drodze do pracy, utwierdziłam się w przekonaniu jak istotny jest obraz matki w życiu człowieka i jak wiele od tej matki zależy czy ten obraz będzie wart wspomnień. Młoda mama odprowadzała córkę do szkoły, pierwszo.. może drugoklasistkę. Usłyszałam jak zadała pytanie

    – Mamo, a czemu te worki ze śmieciami tu leżą? Na co padła odpowiedź:

    – Jezu, nie wiem, nie zadawaj głupich pytań.

    Zatkało mnie, zamurowało. To był ten moment, który mógł być idealnym przykładem potwierdzającym cytat „Nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi”. A ta odpowiedź mogła być na prawdę prosta, mogła być początkiem rozmowy o segregacji śmieci, o kolorach worków, które leżą przed jednym z budynków, dlaczego tam leżą i czemu akurat w poniedziałek. A nawet jeśli nie chciało się tej mamie rozmawiać, była zmęczona, nie wyspana, albo wstała lewą nogą wystarczyło powiedzieć „Nie wiem”. Mama jednak oceniła córkę jako osobę zadającą głupie pytania. W jednej chwili dopadły mnie myśli ile tych pytań było wcześniej, czy jeszcze jakieś będą i czy ta mama będzie dla córki autorytetem. Tyle myśli na minutę a tu Dzień Matki na horyzoncie.

    107924198_272393587345972_5313735253826770065_n

    Matka. Najważniejsza, najpierwsza, najkochańsza osoba w życiu dziecka. Czy rzeczywiście tak jest? Czy w naszych dorosłych, kobiecych głowach, w sercach, które wiele przeszły, widnieje taki właśnie obraz tej… najważniejszej.. MATKI?

    Jestem matką i jestem córką i wiem doskonale jak trudna jest to rola. Czasem niewdzięczna, niesprawiedliwa, a czasem wspaniała i pełna miłości. Jednak zawsze odpowiedzialna. Każda matka, zarówno ta ciepła, wyrozumiała, czuła i mądra, inteligentna i zorganizowana, niezależna i przedsiębiorcza, jak i ta chłodna, surowa, toksyczna i ta, której dzieci się wstydzą jest odpowiedzialna za kształtowanie dziecka, za jego rozwój, za szczęście lub nieszczęście. Dziecko pamięta to, co dobre i to co złe. Pamięta słowa, zachowania, albo ich brak. Pamięta upokorzenia i wyśmiewanie, porównywanie do innych dzieci. Pamięta  ból. Wiem jak wiele matek miało wpływ na osłabienie kręgosłupa wartości swojego dziecka. Skąd to wiem? Od Was. Obraz matki bywa zamazany, przekreślony czarną, grubą krechą. Zadając pytanie wielu kobietom „ Czego nauczyłaś się od swojej matki?” nie spodziewałam się aż tylu odpowiedzi: „Niczego”

    Smutne, prawda? Ale takie są fakty, takie jest życie. Jak się okazuje nie każda matka zasługuje na dobre słowo, choć ja bardzo chciałabym, żeby tak było. Nie każda zasługuje na dobre wspomnienie i dzieje się tak z jakiegoś powodu. To daje dużo do myślenia, szczególnie dla tych, które są teraz matkami małych dzieci, nastolatków. Można byłoby się zastanowić jakimi my jesteśmy matkami, jakimi będziemy i jakimi chcemy być no i jak będą nas wspominać nasze dzieci.

    Pewnie większość z Was chciałby być dla dziecka autorytetem, drogowskazem, który pokazuje najlepszy kierunek. Tak, to mogłoby być celem matki.

    „Zawsze chciałam być taka, jak moja mama. Mój autorytet. To, czego mnie nauczyła to na przykład niesienie pomocy innym, potrzebującym. Wpajała mnie i mojej siostrze, że kobieta powinna być niezależna finansowo. Że studia i praca zawodowa dają tę niezależność, ale jednocześnie była przeciwnikiem tzw. wyścigu szczurów i stawiania pracy ponad rodzinę. Uczyła, że kobieta musi być zadbana, że to nie jest kwestia ilości pieniędzy, ale dbania o swój wizerunek na co dzień, także w domu. Nigdy nie widziałam jej w wytarmoszonym swetrze czy dresie. Odkąd tylko pamiętam, miała i nadal ma, szafę pełną szpilek w różnych kolorach” ( dr Katarzyna Pawłowska @przy_kawie_o_podatkach)

    DSCN8012

    Wdzięczność za prowadzenie ścieżką niezależności finansowej jest rzadkością wśród kobiet, być może dlatego tak wiele z nich znalazło się w grupie obarczonej tym problemem. Na szczęście są wyjątki, a ja mam głęboką nadzieję, że za kilka lat takie słowa padną z ust większej ilości kobiet.

    „Od mojej mamy nauczyłam się dążenia do niezależności, tego, że związek to partnerstwo, że oboje małżonkowie mają swoje zdanie. Że kobieta powinna mieć swoje pieniądze, to także pozwala jej samodecydować” (Katarzyna Kraus @katarzyna_kraus)

    Jak dobrze jest mieć świadomość wypełnienia tej swojej życiowej roli. Takiej długotrwałej i poddawanej niejednokrotnie ciężkim próbom. Chociaż ile kobiet, tyle matek, tyle różnych matek. Jeśli ktoś myśli, że wraz z wydaniem na świat dziecka budzi się w każdej matce syndrom obowiązkowości, odpowiedzialności, miłości, opiekuńczości to jest w błędzie. Nie. Nie każda matka dojrzała do tej roli, często nie dojrzewa do niej nigdy. Są matki, które stosują przemoc, są takie, które mają swoje dzieci za nic, dla których ważniejszy od dziecka jest nałóg albo inne rozrywki. Czy można się czegoś od takiej matki nauczyć? Najprawdopodobniej tego, żeby nie być taka jak ona.

    Zdjęcie0417

    Pamiętam wiele przedszkolnych przedstawień, podczas których moje córki mówiły wierszyki, albo śpiewały te wszystkie „mamusiowe” piosenki. Ile łez kręciło się w oczach tych wszystkich mam na widowni. To była duma. Duma, że to dziecko takie zdolne i że mama dołożyła trudu do tego jak w danym momencie wygląda życie tej małej istoty. Ja wiele zawdzięczam swojej mamie. Dzięki niej wiem jak wygląda dom rodzinny, jak opiekować się dziećmi w najtrudniejszych momentach i jak rozmawiać dosłownie o wszystkim. W mojej ocenie to chyba tak powinno być, że mama kocha i uczy kochać.

    „ Nauczyłam się od mamy życia, miłości, dobra, szacunku. Pokory, wytrwałości, cierpliwości. To mama przekazała mi wartości, którymi się kieruję w życiu. To mama zarażała mnie swoim talentem, nauczyłam się od niej wrażliwości” (Katarzyna Piasecka @druciara.handmade)

    „Od mamy nauczyłam się miłości do drugiego człowieka. Nikt, tak jak moja mama, nie kocha drugiego człowieka😊” (Małgorzata Kuptz @mama.gosiasamosia)

    Miłość, zadbany dom, wyprasowane i poskładane pranie, zapach ciasta drożdżowego. Myślicie, że to bajki wymyślone na potrzeby ckliwych dramatów? Nie. Tak wspominamy swoje mamy. Nie wszystkie, ale wiele z nas. Dla jednej mamy to pranie było najważniejszą lekcją dla córki, dla innej kompletnie nie istotną. Ile mam tyle lekcji.  

    „Od mamy nauczyłam się przede wszystkim pomocy innym. Jak byliśmy mali mama mówiła – robimy porządek i oddajemy nieużywane zabawki i ciuchy osobom biednym. Dzięki temu, że ona pomagała, my też chcieliśmy razem z nią pomagać. Nauczyła mnie także porządku. Zawsze z nią sprzątałam. Dzięki temu, mieszkając już sama umiem prać, gotować, sprzątać i utrzymywać czysty dom. Niby to nic, ale bardzo ułatwia życie” ( Martyna Kowalczyk @martyynnaa)

    Miłość, szacunek empatia to coś, czego możemy się nauczyć w dorosłym życiu, ale o ile łatwiej jest jeśli mamy podane te wszystkie wartości każdego dnia na tacy w rękach mamy. Te wszystkie cechy formują przecież glinę, z której jesteśmy ulepieni.

    „Moja mama odeszła, kiedy byłam nastolatką, ale to od niej nauczyłam się, że dom jest cieplejszy , gdy są w nim kwiaty. Miała bardzo dużo kwiatów doniczkowych, a wśród nich papugi i kanarki. Dom pachniał i był kolorowy. Wiosną i latem stawiała kwiaty do wazonu, a zimą robiła suche bukiety. To ona podarowała mi w dzieciństwie zapach ciasta drożdżowego i ciche odgłosy radia w tle pracy. To ona pokazała mi książki i nauczyła czytać przed snem. Wreszcie to ona nauczyła, że wszędzie dojdę pieszo, bo nie miała prawa jazdy i często zabierała mnie na spacery. Myślę, że mogła mnie nauczyć jeszcze więcej, ale dopóki nie stworzyłam własnego domu nie miałam pojęcia ile zaszczepiła mi kreatywności” (Barbara Grzymkowska -Blok @florysztuka)

    Mówią, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko, też to powtarzam. Tylko ile z tych naszych mam było tak naprawdę szczęśliwych? Ile stawiało siebie na pierwszym miejscu? I czy te wszystkie nieszczęśliwe dzieci to dzieci nieszczęśliwych matek?

    „Moja mama nauczyła mnie przede wszystkim szacunku do samej siebie, powtarzała: najpierw myślisz o sobie, potem o mężu a na końcu o dzieciach. I to się naprawdę sprawdza. Twoje dzieci będą szczęśliwe jeśli Ty będziesz szczęśliwa. Mówiła: kochaj męża i dbaj o niego, bo jeśli Wy będziecie szczęśliwi to Wasze dzieci również będą szczęśliwe” (Dorota Mierzwa @dorotazakręcona)

    Na wiele pytań odpowiedzi nigdy nie znajdziemy. Ale my, matki… te obecne i przyszłe możemy właśnie w Dniu Matki zaryzykować refleksją nad swoim macierzyństwem. Jakie ono jest? Jak będą nas wspominać dzieci i czego się od nas nauczą. Bo to, że jesteśmy ich pierwszymi nauczycielkami wiem na pewno. Życzę Wam kochane mamy, żebyście nigdy nie usłyszały „NICZEGO”.