• Ona temu winna

    Czy u podstaw wszystkiego, co nas w życiu spotyka leży dzieciństwo, wychowanie, nasi bliscy? Chciałabym być oryginalna, ale chyba się nie da. Gdzieś jest ten początek każdego z nas, ta glina, z której jesteśmy ulepieni lub bardziej precyzyjnie, ktoś nas z niej ulepił. No właśnie. KTOŚ. Ten „ktoś” rzadko bywa w jednej osobie. „Ktosiów” zazwyczaj bywa wielu. To rodzice, rodzeństwo, bliższa lub dalsza rodzina, sąsiedzi, znajomi, nauczyciele. Widziani oczami dziecka najczęściej jako starsi, bardziej doświadczeni i mądrzejsi.  To oni swoimi dłońmi formują tę glinę tak jak chcą, jak umieją, jak uważają, że powinno to wyglądać. Jedni bardziej, inni mniej świadomie. Chociaż wydaje mi się, że zazwyczaj to takie bezmyślne i automatyczne lepienie z małego człowieczka dużej, dorosłej istoty.

    1619331181804

    „Ktosiowie” byli wcześniej też przez kogoś uformowani i można by tak się cofać i cofać i dojść do epoki kamienia łupanego, czy jak kto woli do momentu powstania tego świata. Wśród „ktosiów”, szczególnie w naszym kraju, ogromny, ogromniasty wręcz wpływ na formowanie miał i ma nadal szeroko rozumiany kościół. I nie myślcie sobie, że jestem kolejną kobieta atakującą kościół, wrodzona inteligencja mi na to nie pozwala. Stoję bardziej w roli obserwatora aniżeli agresora. Nie zaprzeczy przecież nikt, że to dzięki kościołowi obraz grzesznej Ewy postawił kobietę w miejscu, w którym stanęła na wieki. Jak posąg, jak obraz, jak ikona grzechu. Wiem, że się to zmienia ku mojej uciesze, ale ciągle jeszcze to „brzemię jabłka” spoczywa na kobiecie. To kobieta skusiła mężczyznę, to kobieta sprowokowała gwałciciela zbyt krótką spódniczką. To kobieta jest winna, że jej dziecko jest nadpobudliwe. To kobieta jest winna, że mąż ją zdradzał. To kobieta się „puściła”, nie mężczyzna, tylko ona. To niech teraz nie marudzi o aborcji, niech rodzi. Co z tego, że śmiertelnie chore dziecko? Niech rodzi, sama chciała. Ona temu winna.. Wiem, że uogólniam, ale wiem też, że prawdopodobnie nie znajdzie się wśród Was taka, która choć raz nie słyszała tego typu tekstów. Jest ciągle tak wiele sytuacji w których obwinia się kobiety, że do takiego uogólniania daję sobie prawo.

    1619331237590

     

    To obwinianie jest cholernie krzywdzące. Okrywa bowiem winą każdy kobiecy czyn, ale także zasiewa ziarno winy podczas formowania z tej gliny w okresie dziecięcym. I taka kobieta niesie winę na plecach razem z innymi cechami, dziedziczonymi w sposób  nienaturalny. To jest chore, chore podwójnie. Po pierwsze społeczeństwo ocenia kobietę jako winną, po drugie podlewa to ziarno tak długo, aż ona sama POCZUJE się winna. Tak naprawdę, całą sobą winna. Czyż to nie krzywdzące? Czyż nie daje pozwolenia na wyrządzanie kobiecie krzywd wszelakich – bo „wolno”, bo „sama chciała”, bo „nic nie mówiła”.

    Kobiety są ciągle zniewolone przez stereotypy, a te pielęgnowane przez społeczeństwo latami. Zniewolone fizycznie ale przede wszystkim psychicznie. Boją się odezwać, zbuntować, wstydzą się, że dzieje im się krzywda, że  pozwalają w ogóle na taki stan rzeczy. Czują żal i frustrację. Nie wiedzą , że tak być nie musi, a jeśli wiedzą to mają problem ze zmianą. Ja wiem, jak wiele artykułów o tym napisano, wiem ile jest programów, podcastów i książek. Ja to wszystko wiem i Wy pewnie też. To co w nas dobre i złe, co chore i zdrowe jest częścią stereotypów i wzorców czerpanych ze środowiska, w którym przebywałyśmy. Wiecie prawda? A mimo to obwinianie towarzyszy nam na prawdę często.  W wielu sytuacjach czujemy się winne. Że oddałyśmy rodziców do domu opieki, że nie karmiłyśmy dziecka piersią, że rodziłyśmy przez cesarkę, że zapomniałyśmy odebrać dziecko z przedszkola, że jesteśmy złymi matkami, żonami, synowymi…bla, bla, bla Skąd to wiemy? Bo się nam to oznajmia. Tak wyraźnie.. słowami, słyszymy, czujemy, aż w końcu same tak myślimy.

    Sukcesem będzie ucieczka od takiego myślenia. Tylko jak to zrobić? 

    1619331258693

    Jeśli jesteście ze mną od początku to wiecie, że odpowiedź jest prosta. Trzeba zacząć od pracy nad poczuciem swojej wartości. To ona stoi na straży  granic naszej, tak zwanej, wytrzymałości. To wcale nie jest takie trudne. Zdecydowanie łatwiejsze niż znoszenie upokorzeń, poniżania czy wręcz okładania pięściami. Jeśli kobiety mają siłę na walkę z wieloma wrogami dookoła siebie to znajdą też siłę na to,  aby popracować nad sobą. Jestem tego pewna. Przecież to my ustalamy swoje granice, to my reżyserujemy swoje życie. I to życie tylko do nas należy, nikt go za nas nie przeżyje. Nie musi być wypełnione cierpieniem i poświeceniem się ludzkości. I my naprawdę nie musimy się na to godzić, ale też nie mamy PRAWA nikomu takiego życia układać. Jesteśmy dorosłe, i my też stanowimy część tego społeczeństwa, o którym pisałam. Mamy więc wpływ na innych. Warto się nad tym zastanowić oceniając kogoś, patrząc znacząco, obgadując. Warto przejąć odpowiedzialność za rolę, taką naprawdę ważną rolę, którą w życiu gramy. Warto odpowiedzieć sobie na pytanie czy ja chcę być taka jak „ktosiowie” ? Czy ja chcę lepić z gliny kolejne i kolejne pokolenia? Czy ja chcę mieć wpływ na poczucie winy innych kobiet lub ich brak? I czy będę to robić świadomie? Zostawię Was z tymi pytaniami. Przyznam się tylko, że ja wiem, że mam taki wpływ i wiem, że ręce gliną ubrudziłam i będę brudzić nadal. Dla Was i dla samej siebie. Zdecydowanie bardzo świadomie.

    Dziękuję Małgosi Kowalczyk za piękne zdjęcia, łagodzące trochę ciężki temat 😊

  • Wojna o okna

    „Kiedyś było jakoś inaczej, lepiej, teraz byłam sama na święta” – tak mówi do mnie starsza pani, której dzieci i wnuki rozjechane po całym świecie, cieszą się życiem, cieszą się każdym wolnym dniem od pracy. Czy to źle? Czy nie powinno tak być? A jak powinno? Czy w ogóle można dziś mówić o czymś, że się powinno lub nie powinno. Kiedyś rzeczywiście było inaczej. Wszyscy byliśmy podobni, wszyscy mieliśmy takie same lub podobne możliwości, zasoby, wzorce. Ale to było kiedyś. Dziś jest już trochę inny świat. Świat, który otwiera się na ludzi, na nas, na kobiety. Mamy prawo wyboru, mamy możliwości poznania, tego, co jeszcze kilka lat temu było czymś niemożliwym do doznania. Mamy również prawo do spędzania każdych świąt w taki sposób, w jaki chcemy. I dobrze, żebyśmy były tego świadome. Kobiety są ciągle jeszcze takimi strażniczkami domowego ogniska, które nie zaopiekowane wygaśnie. A przynajmniej tak się tym kobietom wydaje. Otóż nie, nie wygaśnie. Nic się nie stanie jeśli któregoś pięknego dnia taka kobieta powie „nie”. Nie będzie myła okien na święta, nie będzie szorowała podłóg ani mieliła trzykrotnie twarogu. Powie „nie” na kolejny ”spęd” rodzinny i spotkanie z ciotkami, z którymi wcale nie ma przyjemności się potkać. W zamian za to kupi bilet na Malediwy, Wyspy Kanaryjskie czy inne Seszela. I będzie się świetnie bawiła na plaży. Czemu? Bo ma wybór. Oczywiście będzie czuła na plecach ten zły oddech, usilnie powtarzający, że nie wypada, że „jak to?”. Przecież te cholerne okna trzeba, po prostu trzeba umyć. I kolejna część dialogu z tym złym oddechem należy już do nas. To od nas zależy w jaki sposób zareagujemy na taki oddech, czy wejdziemy w długą i bezsensowną dyskusję, czy ulegniemy i postawimy siebie w pozycji pokornego dziecka, czy też zlekceważymy zarzuty i zobaczymy swoje zdanie ponad innymi. Można się tego nauczyć.

    1618170808542

     Dla mnie święta dzisiaj to po prostu radość, szczęście , spokój. Czyli wszystko to, co w życiu ważne. I takich świąt, kolejnych i kolejnych chcę życzyć wszystkim kobietom. Aby robić to, co daje szczęście. Aby być z ludźmi, którzy dają szczęście. Bez względu na to, jak je spędzamy  i gdzie. Czy to jest dom rodzinny, świątynia, czy plaża to miejsce też POWINNO dawać nam szczęście. Najgorsze jest bowiem zmuszanie się do czegokolwiek.

    Pamiętam takie święta, przed którymi wypruwałam sobie żyły, żeby wszystkie tradycyjne potrawy lądowały na stole i nie było mowy o korzystaniu z cateringu. Pamiętam rozmowy o myciu okien i to obowiązkowym bo inaczej święta to nie święta. I pamiętam, że nie byłam wtedy szczęśliwa. Ale znam też kobiety, które są przy tym bardzo szczęśliwe i jak tylko zaczynają cały przedświąteczny festiwal, to są w swoim żywiole. Cudownie. Jeśli tylko to lubią, jeśli tylko są przy tym szczęśliwe to jestem ZA. Nie oceniam, nie krytykuję, nie wyśmiewam. I tego samego oczekuję od innych kobiet. Zrozumienia. Jest nas tak wiele i tak wiele mamy priorytetów. Nie można oceniać siebie nawzajem bo zwariujemy. A przecież zwykłe przyjęcie do wiadomości INNOŚCI jest takie proste i oczywiste. Na dziesięć kobiet jedna będzie świętowała cały wielki tydzień z wiernymi w kościele, druga biegała po sklepach i szukała prezentów dla najbliższych, trzecia robiła generalne porządki w całym domu, czwarta będzie wybierała strój kąpielowy, żeby czuć się cudownie na upalnej plaży na drugim końcu świata. Wiecie jak to się nazywa? WOLNOŚĆ, WYBÓR, czy to jest złe? Prosta odpowiedź i bezdyskusyjna – NIE. Skoro mamy wybór to należy brać pod uwagę, że jakiegoś dokonamy. Na tym polega ten dzisiejszy świat, dzisiejsza decyzyjność. Jeśli którakolwiek z Was ma z tym problem to koniecznie trzeba nad sobą popracować, jeśli ktoś z naszego otoczenia ma z tym problem możemy mu wytłumaczyć, pomóc, porozmawiać, ale reszta też zależy od pracy nad sobą, nad „jego” sobą. Dobrze to wiedzieć, dobrze sobie to uświadomić, bo takie biczujące podejście do samej siebie prowadzi do frustracji, do obwiniania siebie samej, do powstawania konfliktów. Uświadomienie sobie, że człowiek potrzebuje zmiany, inności jest czymś uwaga, uwaga… normalnym. Dlatego nie ma powodu do biczowania siebie.  To nic dobrego nie przynosi. Traktowanie siebie dobrze, tak po prostu dobrze przynosi za to najcenniejszy skarb, jaki możemy sobie wyobrazić – SZCZĘŚCIE.

    Dużo szczęścia kobiety !!!

  • Za granicą jest lepiej czy inaczej?

    Z czasów wczesnoszkolnych pamiętam doskonale obraz tzw. „zagranicy”. Kolorowej, pachnącej, bogatej i przede wszystkim „lepszej”. Wydawało mi się wtedy, że za tą granicą jest piękniejszy świat. Bez pustych półek w sklepach, bez godziny policyjnej, bez milicji, której wszyscy się bali. Później okazało się, że to nie tylko moje wrażenia i gdybania, ale rzeczywiście tamten świat był lepszy, dla mnie, małej dziewczynki, na pewno. Moim „zagranicznym” okienkiem były witryny Pewexu, który był po prostu bogaty, a jak bogaty, to lepszy. Co tu dużo mówić, małemu dzieciakowi wystarczy zapach papierka po gumie balonowej, żeby poczuć w sercu szczęście. Później, jako nastolatka widziałam tą „zagranicę” jako „raj” dla dzieci PRL-u. Duża część młodych ludzi wyjeżdżała „za chlebem”, zostawiali wszystko i jechali w nieznany świat pracować po to, żeby żyło im się lepiej, żeby mogli się czegoś dorobić i wrócić do kraju z pełnym portfelem. Byli tacy, którzy z nim wracali i tu budowali swój świat, ale byli też tacy, którzy już nie wrócili, bo tam odnaleźli swoje miejsce na ziemi.  Kiedy zostałam matką, również wiele moich znajomych wyjeżdżało, bo tam lepsze warunki, bo lepsza polityka rodzinna, lepsza pomoc państwa, bo było za tą „granicą” po prostu lepiej. Czy na prawdę było lepiej, nie wiem, na pewno było inaczej. Dziś mój obraz „zagranicy” jest bardziej klarowny i pewnie wiele kobiet, które czytają ten artykuł poza granicami Polski zgodzi się ze mną, że jest po prostu inaczej. Czasem łatwiej, czasem trudniej, czasem lepiej a czasem trzeba się napracować i przecierpieć swoje. Zmieniły się czasy i obraz „zagranicy” również się zmienił. Ale pozostało jedno – INNOŚĆ.

    IMG_20210227_182604_056

    Każdy wyjazd za granicę wiązał się i wiąże z odwagą, wiązał się i wiąże z podjęciem decyzji, wiązał się i wiąże ze zmianą. To przekroczenie granicy jest dla mnie momentem symbolicznym również w takim prywatnym życiu. A już w życiu kobiety, szczególnie. Doświadczyłyście pewnie kilka razy momentu przekraczania granic, Waszych granic. Czy to przez dzieci, partnera, pracodawcę… ktoś przekroczył granicę Twojej cierpliwości, dobroci, poświęcenia, wytrzymałości jakiejkolwiek. Gdzie te granice są, to już zależy od Ciebie, bo to tylko Ty je stawiasz. Taki moment przekraczania przez kogoś Twoich granic może spowodować duże zmiany, możesz wybuchnąć, możesz się popłakać, możesz zmienić całe swoje życie, bądź możesz nie zrobić nic, tylko je przesunąć. Nie wiadomo co gorsze.

    Inne osoby mogą Twoją granicę przekroczyć i wejść Ci na głowę, nie wiem czy wiesz, ale Ty sama również możesz tę granicę przejść. A za granicą również jest świat. Może trudny, może lepszy, może mało znany,  na pewno inny. Kobiety mają coś takiego w sobie, co pozwala im na nadużywanie cierpliwości, dobroci, czasem naiwności wobec samych siebie i po woli, bardzo po woli dojrzewają do podejmowania decyzji o zmianie, również o przekroczeniu swojej granicy.

    received_257033449248183

    Temu przekraczaniu może towarzyszyć strach, wątpliwości, brak wiary. Cała masa takich uczuć, które od razu spowodują powrót. Zamiast skupiać się na tych uczuciach wystarczy zamienić je na nadzieję, na spełnianie marzeń i na wiarę w siebie. Przekraczanie granic samo w sobie wzbudza w zasadzie złe emocje, ale również te złe możesz zamienić na coś dobrego, bo bardzo często to one są początkiem nowego życia. Pisałam kiedyś o pozytywnym dnie, które jest po to, żeby się od niego odbić i wznieść  na wyżyny. Granica jest też swego rodzaju dnem, bo zmusza wręcz do zrobienia kroku. I tylko od Ciebie zależy czy będzie to krok do przodu czy do tyłu, czy będziesz w tym granicznym punkcie stała, aż Ci nogi zdrętwieją. Z moich obserwacji wynika, że ciągle największą grupę stanowią kobiety, które granice przesuwają, zapominają o swojej konsekwencji, o planach, jakie miały w głowie, kiedy granice były stawiane i o tym, jakie wartości nimi wtedy kierowały. Sama się na tym łapię, że ciągle i ciągle przesuwam granice, że pozwalam sobie wejść na głowę i czekam na jeszcze gorszy moment.  Wiecie z czym to się wiąże? Oczywiście z poczuciem własnej wartości. Ono w takim momencie spada, spada i spada a przecież jest odpowiedzialne za nasze życie, dobre życie, piękne życie. I tak, dzisiaj będę nawoływać. Nie pozwólcie innym na przekraczanie własnych granic, nie przesuwajcie ich, a jeśli chcecie przekroczyć swoje… odwagi!!!

    Jeśli potraktujecie to przekroczenie jako wyzwanie, jako kolejny etap Waszego życia, to być może, doda Wam to siły, bo tę trzeba mieć. Nadzieją niech będzie dla Was fakt, że „za granicą” też jest życie, może lepsze, może nie, ale na pewno inne.

  • Ukochana

    „Weszła do domu i dosłownie legła na swojej nowej kanapie, w ulubionym, bakłażanowym kolorze. Nareszcie mogła sama zadecydować jaka kanapa pasuje do jej salonu, nareszcie nikt nie czepiał się, że welur się brudzi i szybko niszczy. Bakłażanowa, welurowa, jej ukochana. Legła i pomyślała „Nareszcie mogę pokochać siebie”.

    To fragment opowiadania, które zamieszkuje moją szufladę w biurku. Trochę się ich tam nazbierało. Madzia, bo tak na imię ma bohaterka, legła na tej kanapie po powrocie z szóstej, ostatniej już rozprawy rozwodowej. Sama, szczęśliwa, wolna i spokojna. Postanowiła wreszcie zacząć kochać siebie. Być może za późno, ale ja zawsze twierdzę, że lepiej późno niż wcale. Zasłużyła na tę miłość, na miłość własną.

     W tym walentynkowym nastroju zaczynam dziś pisanie. Czemu walentynkowym? Bo kilka dni przed komercyjnym świętem, wyrażającym najpiękniejsze uczucie – miłość. Madzia długo tkwiła w poddańczym związku, przelewając ogrom miłości na męża i dzieci. I nadszedł w jej życiu taki czas, który postanowiła przeznaczyć na miłość do samej siebie. Ciekawe, że musiało dojść do blokady w jej małżeńskim życiu, do blokady między nią a jej ukochanym sprzed lat, żeby dojrzała do takiej decyzji, o pokochaniu siebie. Miłość własna, do samej siebie. Otaczanie samej siebie najpiękniejszym uczuciem, to zadanie na ten tydzień. Zadanie dla mnie, ale być może dla Ciebie

    W kolejce do kasy w Polo Markecie wybierałam batonik, popołudniowa kawa w pracy wymaga wręcz jakiegoś wafelkowego dodatku a wybór był trudny bo przy kasie zazwyczaj wszystkie kuszą, uśmiechają się i wołają „weź mnie, weź mnie”. Młoda dziewczyna, stojąca przede mną na taśmie kasowej postawiła mleko, olej, poduszkę z  czerwonym serduszkiem i kubek   z    napisem „Dla mojej ukochanej”. Nie zwróciłabym na to wszystko uwagi, gdyby nie kasjerka, która z zakrytym maseczką uśmiechem, zapytała „Dla ukochanej?” – „Tak, dla mnie” – odpowiedziała dziewczyna. Kasjerka zamilkła, lekko zdziwiona odpowiedzią. No tak, pomyślałam, kto nam zabroni kupować samej sobie te wszystkie walentynkowe gadżety? Tak wiele mówi się o miłości własnej, a kupowanie kubeczka dziwi. Niech nie dziwi. Wszystko, co najlepsze dla ukochanej, najpiękniejsze pierścionki, najlepsze perfumy, najdroższe róże …w końcu ukochana na to zasługuje. A my tak mało, wciąż jeszcze za mało, siebie kochamy. Wciąż dbamy o innych bardziej niż o siebie. Doceniamy czyny innych, są dla nas ważniejsze niż własne. Wciąż za mało. Chociaż widzę jak bardzo to się zmienia, ku mojej ogromnej uciesze. Bo to przecież bez kochania siebie nikt inny nie pokocha nas tak, jak na to nie zasługujemy.

    InShot_20210210_164155618

    Pewna dziewczyna powiedziała mi, że nie lubi Walentynek bo nigdy nie dostaje prezentu od swojego ukochanego. Inna, że nie lubi, bo to takie święto na siłę, a jeszcze inna  widzi u mężczyzn przymus a nie potrzebę wyrażania uczuć. Ciekawe w jakiej grupie Ty jesteś? Ja chyba troszkę, w każdej. Nigdy nie lubiłam tego dziwnego święta. Nie rozumiałam ulegania temu, żeby brać udział w święcie przypominającym miłość. No bo jak to? Czy trzeba ustanowić specjalne święto, żeby ludziom przypomnieć o miłości? Trochę to dziwne, prawda? Przez wiele lat obserwuję mężczyzn, kupujących kwiaty, jak bardzo różnią się interpretując ten dzień. Jest wśród nich wielu takich, którzy czekają na ten dzień i całym swoim sercem cieszą się, że mogą wyrazić swoją miłość kwiatami. Ale jest duża grupa panów, kupujących kwiaty na siłę, na przymus, bo wypada. Czy my, kobiety chcemy dostawać kwiaty bo tak trzeba, bo wypada? Jeśli tak, lub jeśli nie, to dlaczego nie kochamy siebie bo wypada, bo trzeba? Pokochajmy kobiety, pokochajmy siebie.

     Tak naprawdę nikt nas tego  nie uczył. Jak kochać siebie? Jak rozpieszczać, jak szanować, jak traktować siebie z miłością? To nauka, którą większość z nas adoptuje z upływem czasu. Najlepiej gdyby ten czas zaczął się jak najwcześniej. Problem polega na tym, że jeśli nie nauczono nas tej miłości do samej siebie dawno temu, to teraz trzeba się bardziej nad nią pochylić. Wiedza szkolna o cosinusach, silniach i logarytmach miała być dla nas ważna… i była. Miłość do samej siebie natomiast, uznawana była za coś, czego nie wypada, nie istnieje, po prostu jest zbędne. I dziś widzę kobiety, które muszą…nie, przepraszam chcą uczyć się pokochać samą siebie, szanować samą siebie, doceniać samą siebie. Ja wiem jedno, zawsze można taki czas zacząć, zawsze może być ten odpowiedni moment na podjęcie  decyzji, którą podjęła Madzia. Możesz dać sobie prawo do szczęścia, do miłości własnej, do skoncentrowania uwagi na samej sobie. Powtórzę za klasykiem „Ukochaj się” !!!

    Zaczęłam dziś fragmentem opowiadania, kończę życzeniami walentynkowymi dla Was wszystkich, w formie wiersza Agnieszki Krokowicz „Dla Ani”

      „Napiszę Ci ten wiersz,

    Byś słońce zawsze w sercu miała.

    Byś w uśmiechu Buddy trwała.

    Napiszę Ci ten wiersz,

    Byś po świetlistej stronie

    Życia zawsze stała.

    Napisze Ci słów radosnych bez liku,

    Byś niezłomnie w postanowieniach

    Swoich trwała.

    Napiszę Ci to i tamto,

    Byś zawsze na plecach

    Skrzydła wolności miała”

  • Nie mam siły

    Zdarza ci się tak powiedzieć, co? Ile razy w ciągu roku, tygodnia, miesiąca? A może kilka razy dziennie? Po prostu się zdarza, wiem o tym, bo mam podobnie. No, może nie codziennie i nie dziesięć razy dziennie, ale się zdarza. Od samego rana, kiedy tylko otwierasz oczy i patrzysz na ten sam cholerny pokój, czujesz w środku złość, rozżalenie albo jedno wielkie „nic”. Czasem wynika to z niepowodzeń, które rosną w Twoim życiu, jak grzyby po deszczu. Czasem jest to skutek przebywania wśród ludzi, którzy powinni już dawno zejść z Twojej życiowej ścieżki. A czasem jesteś po prostu zmęczona. Przeczytasz pewnie w niektórych poradnikach, żeby sobie policzyć do dziesięciu, albo wypić filiżankę ulubionej kawy, albo szklankę wody z cytryną, może spacer… ale bywa, że nie pomaga nic.

    20210107_095243_HDR

    Jak ja sobie z takim dniem radzę? Czekam. Po prostu muszę przeczekać, przespać, uświadomić sobie, że tak po prostu czasem bywa. Minie. To przecież tylko jeden dzień, no dobra, może dwa. Ale dłużej to …o nie! Ja sobie nie mogę na to pozwolić. Życie płynie, nie poczeka na mnie. Muszę się ogarnąć, pozbierać do kupy. Znaleźć przyczynę, usunąć ją i zebrać swoje rozwalone graty do kupy. Poznałam kiedyś cudowną kobietę. Upokorzoną w swoim życiu niemiłosiernie. Skrzywdzoną i zranioną, ale jak się domyślacie na tyle odważną, że swoje życie zmieniła w pasmo promieniującego szczęścia. „Monika, życie jest takie proste, wybory są proste, decyzje są proste, a my wciąż stwarzamy problemy. My, ludzie, jesteśmy źródłem problemów”. I ja oczywiście się z nią zgadzam. Tylko jak nauczyć się żyć tak całkowicie bez szukania tych problemów? Jak odciąć się od myśli krążących wokół nich, od ludzi siejących niepokój i mnożących problem za problemem. Jak? Joga? Medytacja? Może trzeba wyjechać do Tajlandii? A może po prostu pokochać siebie?

    20210107_071214

     I znów pojawia się w mojej głowie egoizm. Jeśli jesteś ze mną dłużej to pamiętasz, że pisałam już o nim kiedyś. Ciągle aktualne co? Egoistek nikt nie lubi. Zauważ tylko, że Ci wszyscy, którzy „nie lubią” nie usiądą, w taki ponury dzień, obok Twojej kanapy i nie doradzą jak z niej zejść, nie doradzą co zrobić, żeby wrócił uśmiech, radość, energia. Dlatego skupić się na sobie to jedyne skuteczne lekarstwo. Nie zużywać swojej życiowej baterii jedynie na pracę, nowe projekty, za które firma zgarnie duży hajs. Nie angażować całych swoich sił na problemy innych, którzy nawet nie do końca chcą je rozwiązywać. Bo w końcu na Twoje projekty i na Twoje problemy zabraknie baterii. Twoja głowa potrzebuje regeneracji, Twoje ciało również. Jeśli potrzebujesz snu, śpij. Jeśli gorącej kąpieli, kąp się. Jeśli chcesz w spokoju obejrzeć serial, zrób to. A potem posłuchaj swojego Chochlika, który siedzi na Twoim ramieniu i dopinguje do działania, niczym najwierniejszy kibic – „Teraz weź się w garść, teraz do roboty, masz więcej siły, pomysłów.. dalej, rusz się” – Słyszysz go?? Mi pomaga.

    20210106_151936

    Miałam dziś jechać na pocztę i tak mi się strasznie nie chciało, no mówię Wam, jakby mnie ktoś przykleił „Super glue” do fotela. I te myśli „nie chce mi się” powtarzały się w mojej głowie wiele razy. No bo zimno, bo kolejka, bo tą kurtkę trzeba zakładać i jeszcze włosy uczesać. Milion wymówek. Ale Chochlik szeptał do ucha „Tak, weź się połóż najlepiej i ponarzekaj sobie, a listy same się wyślą”. I wiem, że miał rację, ale ciągle… „a może jutro pójdę, a może córkę poproszę” – „ Jezu, weź się kobieto ogarnij, po prostu idź i już”

    I wiecie co? Poszłam. Ja takiego Chochlika potrzebuję. Może Ty innego, takiego milszego bardziej. Nie ważne, byleby był skuteczny. Jeden słabszy dzień, ok. No, może dwa, ale więcej ….nie stać Cię na więcej. Jesteś przecież Kobietą Wartą Milion. Przed Tobą stoi kolejny dzień, przed Tobą świat stoi. A świat Ciebie potrzebuje.

  • Literacka lista przebojów

    Dużo Was tu czytających, dużo też piszących Kobiet Wartych Milion, które odwiedzają mojego bloga. Wiem, bo wiele z Was na facebookowej grupie ma ze mną  stały kontakt. Ten książkowy świat to zawsze była i będzie dla nas odskocznia od tego co dookoła, a czasem dokładnie to samo, co w nas.  I to jest piękne, bo rozwojowe. Ja lubię wszystko, co rozwojowe. Oczywiście nie tylko tzw. rozwojowe książki nas rozwijają, ale też takie normalne.. obyczajowe, romanse, kryminały, czytanie ogólnie bardzo rozwija. No tak myślę, jesteśmy bardziej otwarte, kreatywne, wrażliwe a może nawet bardziej wyrozumiałe. Takie są moje spostrzeżenia obserwując te kobiety, które w świecie książek istnieją stale oraz te, które od literatury jakiejkolwiek uciekają gdzie pieprz rośnie. Jeśli o książki w moim życiu chodzi, to ja je zawsze lubiłam, tak lubiłam. Ich zapach, szelest kartek, fakturę papieru, ale przede wszystkim treść. Ta treść musi kliknąć już w pierwszych stronach, bo jak nie klika, to odkładam. Potem często wracam, żeby dać jej szansę i różnie bywa. Albo kliknie później, albo wcale.  No tak już mam.

    InShot_20210110_234917779

     Książka, która dobra jest dla mnie nie koniecznie musi być dobra dla innych i na odwrót. Te książki, które u mnie klikały często wracają i za każdym kolejnym razem biorę z nich coś innego, nowego. Na kilka kolejnych miesięcy mogę Wam z czystym sumieniem polecić dobre i soczyste kąski książkowe. Wśród nich takie typowo „rozwojowe”, które już przerobiłam, czyli coś co mi w życiu pomogło i pomaga dalej, ale także powieści o miłości i cierpieniu, jednym słowem o życiu. I każda z nich jest wyjątkowa, bo każda inna. Dobrze jest mieć w swojej biblioteczce taką różnorodność bo i barwy w naszym życiu też są różnokolorowe.

    Pierwsza książka, po którą sięgnęłam w nowym roku, to Dziennik Coachingowy, nie tyle książka, co swego rodzaju zeszyt ćwiczeń. Pracuję z nim już kolejny rok i co najciekawsze każdy rok pokazuje mi obszar, w którym mam nad czym pracować. Otwiera mi głowę na nowe pomysły, nowe możliwości i podpowiada jak osiągnąć cele. Kamila Rowińska w mojej biblioteczce stanowi duży procent ogółu, więc cała gama jej książek z „Kobietą niezależną” na czele, również  początek tego roku zdominowała.

    InShot_20210110_234157921

    „Jeszcze będzie przepięknie” Sabiny Czupryńskiej to opowieść dla kobiet, dla których upadanie, podnoszenie, płacz, śmiech, załamanie i miłość to normalne życie. Bo dla której  z nas takim nie jest. Szczegółowe opisy sytuacyjne, zwracanie uwagi na detale, to takie kobiece „trzecie oko”. Czyż nie takim okiem ogarniamy rzeczywistość? To historia kobiety, która, jak wiele innych, zostaje sama i jak wiele innych, musi z tym żyć. Dzięki takim historiom każda kobieta może zobaczyć, że jednak sama nie jest i  że jej koniec świata to jednak nie taki znowu koniec. I może zainspirować się każdym zdaniem, choćby metodą 3W. Żeby ją poznać wystarczy wejść do świata Jaśminy.

    Jeśli chcecie dla odprężenia poczytać o bardzo skomplikowanym układzie damsko – męskim wypełnionym chemią, inteligentnym humorem, okraszonym seksem to polecam opowieść Abby Jimenez „To tylko przyjaciel”. Amerykańska pisarka i mówczyni motywacyjna w przystępny sposób uczy jak akceptować samą siebie, swoje reakcje, uczucia, przekonania. Dryfuje między wersami wytrawnym humorem, który uwielbiam i droczeniem się bohaterów. Typowo kobieca literatura.

    InShot_20210110_234122059

    O „Malowanym życiu” mogłabym opowiadać bez końca. Pewnie dlatego, że zaangażowana całą sobą byłam w proces twórczy tej trudnej historii. Z autorką Basią Grzymkowską -Blok poznałyśmy się jeszcze przed pandemią (dziwnie to brzmi). Nic wtedy nie zapowiadało tego całego szaleństwa. I właśnie podczas tego szaleństwa Basia ukończyła pracę nad książką i sfinalizowała jej wydanie. Ta poruszająca historia trzech kobiet wzrusza, zaskakuje i daje powód do refleksji. Wśród trudnych relacji międzypokoleniowych można dostrzec tak wiele podobieństw do naszych relacji. A wśród zachowań bohaterek nasze zachowania, choć bywa, że wymazujemy je z pamięci. Prawda, którą wykreowała Basia to nasza prawda, kobieca.

    Relacje damsko – męskie. Świat współczesnej kobiety. Praca, kariera, dziecko, mężczyźni… i to wszystko, w tak bardzo realistyczny sposób, wkomponowane w ulice Warszawy. Miasta, które można kochać lub nienawidzić. Miasta dla karierowiczów ale też nieszczęśników. Nade wszystko jednak ludzi. Takich jak ja i Ty. Czy można w tym mieście być szczęśliwym? Nie wiem. Może dowiem się z kolejnych stron „Widoków” Agnieszki Lis. Zaczęłam wczoraj i po kilku stronach przepadłam. A skoro wciąga i klika, to mogę polecić.

    To kilka książek, które mi towarzyszą na początku roku. Może i Was zainspirują do spojrzenia na życie oczami innych kobiet. To uczy zrozumienia i zmusza do wyjścia poza swoje własne granice. Tyle na te kilka miesięcy. Wiosną wyskoczę do Was na pewno z czymś nowym, jak zając wielkanocny. Przyjemnej lektury.  

  • Słowo na ROK

    No i natchnęła mnie koleżanka. Tak to jest, jak się uważnie słucha, czyta, ogląda. Wrzuciła Baśka słowo, kompletnie mi nie znane i uruchomiła moją wrodzoną ciekawość. Jeśli chcecie się dowiedzieć co to znaczy „HECNIE” koniecznie odwiedźcie profil Baśki na fb (link) Takie słowo sobie wybrała na towarzysza w nowym roku. Nie musiałam się długo nad swoim zastanawiać. Pierwsza myśl najlepsza i pojawiła się w głowie PASJA. Niby nic nadzwyczajnego, nic odkrywczego, a jednak. Moje podejście do „pasji” zmieniło się na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy znacząco. Kiedyś kojarzyło mi się z jakąś odmianą zainteresowań czy hobby. No bo przecież, tak jak ja,  słyszałyście nie raz pytanie „Co jest Twoją pasją?”. Różne odpowiedzi wtedy padały, prawda? Podróże, gotowanie, pisanie, czytanie itd. Itd. A więc, jak nic – hobby. Zauważyłam jednak, że „pasja” to też  rodzaj podejścia do różnych spraw, nastawienia, zaangażowania. W dodatku takiego podejścia, które sprawia nam przyjemność, a może nawet radość. Zaangażowanie w robieniu czegokolwiek, jest składnikiem takiego czynu, w którym nie jesteśmy zmuszane, ale same sobie narzucamy stopień tego zaangażowania.

    InShot_20210104_224411890

    Rozsadzałam ostatnio sukulenty, to takie kwiaty podobne do kaktusów, tylko bez kolców. Potrzebne mi one będą na warsztaty, które poprowadzę. Uwielbiam je prowadzić, uwielbiam kwiaty i uwielbiam je rozsadzać. Wszystko to sprawiło, że z ogromnym zaangażowaniem podeszłam do tej czynności. Dla kogoś innego grzebanie w ziemi, rozdzielanie korzeni to istny koszmar. Dla kogoś, kto to uwielbia, może być to pasją. I z taką właśnie pasją podeszłam do tej czynności, zupełnie nieświadomie. Tak właśnie jest, jak się robi coś z pasją. Nie zerkając na zegarek, ani na zasypaną od ziemi podłogę. Dlaczego, bo się zaangażowałam. Sprawiło mi to frajdę. Bo robiłam to z pasją.                

    IMG_20210104_180821_302

    Z taką pasją chcę podchodzić do całego tego nowego roku. Chciałabym ją przełożyć na wiele czynności, przekształcić „muszę” w „chcę” i usunąć wszystkie konieczności na rzecz zaangażowania. Nie będę ściemniać, że z pasją biegnę na pocztę, albo wypełniam zeznanie podatkowe. Ja akurat tego nie lubię, ale od jakiegoś czasu takie zadania „nie lubiane” po prostu wykonuję i zapominam. Nie roztkliwiam się nad nimi, nie analizuję i co najważniejsze, nie przekładam na potem. Bo to „potem” zajmuje moją głowę cholernie dużo czasu. Za dużo. Czego efektem jest poświęcanie czasu czemuś, czego nie lubię zamiast skupianie się na czymś, co jest moją „pasją”.

                Swoje pasje w tym roku przekształcam na robienie czegoś  „z pasją” . Gotowanie z pasją, kopanie ogródka z pasją, pisanie z pasją, nawet jedzenie z pasją. To słowo nabrało dla mnie soczystości i konkretów. Takie „życie z pasją” to życie z miłością, z zaangażowaniem i działaniem, świadomym działaniem. Bez względu na to, czy przynosi ono korzyści materialne czy nie. Nie wszystko w życiu jest przeliczalne przecież na pieniądze, są też inne korzyści. O nich innym razem.

    IMG_20210104_180705_758

    Dojrzałam do tego, aby zamienić swoją pasję do czytania na czytanie z pasją. Pasję do pisania na pisanie z pasją, a pasję do pracy na pracę z pasją.  Widzicie różnicę? Jest ogromna. Ma zupełnie inny wymiar. Ja wiem jakie czynności mogę wykonywać z pasją i chcę wykonywać je częściej, więcej. Te zaś, które są „nie lubianymi” zadaniami do wykonania, takimi zostaną bo nie jestem w stanie wymusić na sobie pasji do nich. Nie jestem w stanie wszystkiego wykonywać z pasją, chyba nikt nie potrafi. Jest to moim zdaniem nie możliwe, a nawet gdyby, to znaczenie wykonywania czegoś „z pasją” straciłoby swój urok i znaczenie. Z mojej obserwacji wynika, że czynności, które wykonuję z pasją, sprawiają mi przyjemność, wykonuję je z większą łatwością i przede wszystkim nie dołuję się, nie męczę, nie zmuszam. Życie, które zmusza, to życie szare. Ja takiego szarego życia mam dość. Chcę, żeby moje życie miało barwy, smak i kontrast. Żeby takie było wiem, że potrzebna jest pasja. Będę się tego trzymała i pilnowała, żeby z pasją do życia podchodzić, tak jak z pasją do Ciebie piszę. Moim słowem na ten rok będzie PASJA. Jeśli masz ochotę wybierz sobie słowo na ten rok, tak jak ja i Basia. Ciekawa jestem co to będzie, podziel się nim w komentarzu tu albo na naszej grupie. Pięknego życia z pasją Ci życzę.

  • Wymarzony sylwester

    Czy jest taki w ogóle? Może to bal na zamku w pięknej sukni od Versace? Może kulig w pięknych saniach na ośnieżonych, góralskich stokach? A może jakaś domówka u sąsiadów z czwartego piętra? Zapytałam kilka kobiet… Okazało się, że miejsce nie jest ważne, ani te suknie ani fryzury. To ludzie są ważni, tacy z którymi czujemy się swobodnie, dobrze, bezpiecznie. Jestem przekonana, że żadne ograniczenia i obostrzenia tego nie zmienią. Były przecież takie Sylwestry z wielką pompą, które wspominamy z rozczarowaniem i takie, które nawet planowane specjalnie nie były a okazały się najwspanialszą imprezą w życiu. Każda z nas może opowiedzieć wiele sylwestrowych historii pełnych śmiechu, żartów albo smutku, bo i takie się zdarzały. Nie oszukujmy się, tam gdzie jest źle.. tak po prostu.. źle życiowo to i Sylwester może być smutną imprezą. Często jest wyczekiwaną nocą, ale też często taką trochę wymuszoną, bo trzeba…bo każdy się bawi… bo taka tradycja. Otóż nic nie trzeba dziewczyny, nie każdy się bawi i to nie musi być Wasza tradycja. Macie prawo spędzić tę ostatnią noc roku w taki sposób, w jaki chcecie. Mam w swoich wspomnieniach Sylwester z pompą, który kosztował pół mojej wypłaty, a na który biegłam zmęczona, po ośmiu godzinach pracy na nogach.  Nie wspominam go dobrze, zabawa z przypadkowo dobranymi osobami w zupełnie nie moim stylu, bardziej męczyła niż bawiła. Dlatego też podpisuję się pod opinią większości z Was, że to towarzystwo jest najważniejsze, miejsce mniej.

    lisanne-van-elsen-bTLY5vK7Xis-unsplash

    Sylwester jest przełomem, granicą pewnego rodzaju, pomiędzy tym, co było a tym, co będzie w tym kalendarzowym roku. Po to został stworzony, do rozgraniczenia działań, do odpoczynku, do nabrania sił, oddechu i znalezienia swojego miejsca w blokach startowych.  Za chwilę kolejny rok, nowy rozdział i nowe działania. Zanim ja je podejmę tradycyjnie muszę podsumować to, co było, to co się działo, a działo się dużo, bardzo dużo. Pomimo tej całej epidemii, strajków, maseczek, zakazów i nakazów miałam dobry rok. Pełen pracy, rozwoju osobistego, nowych znajomości  i nowych doświadczeń zawodowych.

    Pisałam Wam ostatnio o podsumowaniach, takich blogowych, emocjonalnych. Te matematyczne zostawiłam na ostatni dzień roku. Są dla mnie ogromnym sukcesem, a sukcesami trzeba się dzielić. W całym tym „dziwnym” roku miałam w sobie dużo zapału do pracy, jestem bowiem przystosowana do działania w warunkach ekstremalnych. Im trudniej dookoła, tym więcej mam werwy do pracy. Taki typ, co zrobić? Efektem tego było 80 artykułów opublikowanych na blogu, 18 części podcastów i dwa wywiady. W ciągu całego roku odwiedziło go 2505 osób, a sam blog liczy sobie aż 11347 odsłon. Czyż to nie jest sukces?? Ogromny!! Świadomość tego, że moje słowa docierają do tak dużej ilości osób jest dla mnie ogromną motywacją do działania w roku kolejnym. Kobiety zawsze były, są i jestem pewna, że będą moją inspiracją i odpowiedzią na wiele pytań. Poznałam ich w tym roku bardzo dużo. Także dzięki blogowi.  Wspólne tematy, wspólne problemy łączą a nie dzielą te kobiety, które znają swoją wartość i szukają odpowiedzi a nie unikają ich.

    danil-aksenov-gWZfmnDoL_E-unsplash

    Moja facebookowa grupa, która jest głównym łącznikiem z blogiem to zrzeszająca ponad 300 kobiet społeczność, z którą wspólnie stworzyłam kilka ciekawych postów i artykułów. To dzięki nim wiem, że mam odzew i że moja praca ma sens, a ich aktywność jest moim motorem do działania. To kobiety w różnym wieku od 13 do 70 lat, z różnych stron świata od Polski poprzez Wielką Brytanię aż po Norwegię. Wspaniale jest czytać ich komentarze i wiedzieć, że jeszcze komuś się chce. Bo trochę ten wirtualny świat stał się tylko światem do obserwowania, do działania mniej. A kiedy czytam kolejne komentarze, widzę kolejne kliknięcia i udostępnienia to wierzę, że może być inaczej. Że to my, kobiety, możemy być kreatorkami rzeczywistości a nie jedynie odtwarzaczami tego, co ktoś inny próbuje nam wgrać.  Z tą wiarą wchodzę w Nowy Rok, wiarą w aktywność kobiet, w ich odwagę i twórczość. I z nadzieją, że będzie dobrze, że będzie lepiej, że oddychać będziemy pełną piersią. Że budowanie własnej wartości opierać będziemy na tej, którą już mamy i nie pozwolimy na jej utratę. Wam życzę tego samego w ten ostatni dzień  roku i cieszę się, że ze mną jesteście bo przecież nie ważne gdzie, ważne z kim. 

  • Święto Kobiety Wartej Milion

    Zerkając w nowy kalendarz zauważyłam, że w samym tylko styczniu ustanowiono aż 72 tzw. „Nietypowe święta”, czyli ponad dwa święta na dzień. Od „Dnia Dziwaka”, poprzez „Dzień Wtulania” aż po „Dzień Sprzątania Biurka”. Legenda głosi, że taki kalendarz został wymyślony już w czasie I Wojny Światowej, aby zająć poddanych Cesarstwa Niemieckiego świętowaniem, a nie braniem udziału  w wojnie. Jak się okazuje wiele zawodów, żywiołów, rzeczy i wydarzeń zostało objętych takim świętowaniem. Swoją drogą nie mam pewności, czy główni bohaterowie tych świąt w jakiś istotny sposób je obchodzą. Myślałam też o tym, aby  poczynić jakieś starania i ustanowić święto pt. „Dzień Kobiety Wartej Milion”. I znając siebie pewnie by mi się to udało, ale sama się przekonałam do tego, że takie święto  jest codziennie, a przynajmniej codziennie powinno nim być. Każdego dnia jesteśmy przecież istotnym ogniwem dla otaczających nas osób, skarbem dla samych siebie i dumną jednostką tego szalonego świata.

    InShot_20201227_175902750

    Noszenie uśmiechu, takiego szczerego, pełnego radości, może być przecież na naszej twarzy widoczne codziennie. Bycie szczęśliwą, spełnioną kobietą, pełną ambicji, chęci rozwoju, aktywną, też może być zjawiskiem codziennym. I wtedy jest nasze święto. Święto Kobiety Wartej Milion – to jest moje marzenie – aby każdy dzień był takim świętem.

    Jestem przeszczęśliwa pod koniec tego szalonego roku. Wszędzie dużo słów o podsumowaniach i planach na rok kolejny i wiecie przecież, że tego nie da się uniknąć. Ale co mi tam – duma, radość i szczęście to jest to, z czym kończę ten rok, jako autorka tego bloga. Dużo, naprawdę dużo komentarzy, dużo wiadomości i dużo słów z wydźwiękiem optymizmu i podziękowań od Was usłyszałam w tym roku. Czasem pisane bezpośrednio, czasem otrzymane przez osoby trzecie. Są wśród Was kobiety, które dziękowały mi za artykuły, bo były im bliskie, gratulowały bo trafiłam w sedno, były pocieszone bo okazało się, że ich problem nie jest jedynym problemem na  świecie. Są wśród Was też takie kobiety, które regularnie wchodzą na naszą facebookową grupę i są tam ciągle aktywne, będąc inspiracją dla siebie nawzajem. Z tych aktywności powstały nowe znajomości, które nawet na odległość są źródłem motywacji. Dzielicie się swoją wiedzą, spostrzeżeniami i uwagami. Te internetowe znajomości stały się w tym pandemicznym roku znacznie silniejsze. Jestem dumna z tego, że stworzyłam tą grupę i z Was, że wspólnie ze mną ją tworzycie. Cudne słowa docierają do mnie w różnych niespodziewanych momentach. Jak te o Iwonie, która w dwa dni przeczytała wszystkie artykuły i postanowiła coś w swoim życiu zmienić. Było ono do tej pory bolesne i pełne marazmu, ona była przybita problemami, zdołowana i zniechęcona do wszystkiego. Nie przypisuję sobie sukcesów w jej rozwoju i zmianie, ale wiem, że słowa mają moc, doświadczenia dodają siły a każda z nas potrafi odnaleźć w tych artykułach jakąś iskierkę, która aktualnie jest jej potrzebna. Iwona odnalazła swoją. To jest dla mnie nagroda najcenniejsza. Jej słowo „dziękuję”.

    InShot_20201111_155527630

    Ja wiem doskonale, że nawet kiedy jestem optymistką i w różowych okularach patrzę na świat, to znajdzie się taki jeden…dwa.. trzy dni, które są owiane szarością. Takie, w których nie mam siły, nic mi się nie chce i cały świat jest do bani. Każda z nas ma takie dni. I wtedy potrzeba nam dopingu, potrzeba motywacji, jakiegoś pocieszenia lub kopniaka do działania. I po to właśnie są te artykuły, po to są podcasty, żeby zobaczyć świat z innej perspektywy, żeby następnego dnia zrobić krok do przodu. Wtedy będzie kolejne Święto, kolejny dzień w którym nasza, kobieca wartość uniesie się ponad wszystkim. I tego życzę Wam, moje czytelniczki. Siły i motywacji do działania każdego dnia. Nie poddawania się złym emocjom i  traktowania siebie, każdego dnia, jak Kobietę Wartą Milion.

  • Sushi na wigilię

    No gdzie na wigilię sushi? No gdzie? Przecież to nie jest tradycyjne danie wigilijne!

    Jak frytki?? Frytki? Oszalałaś?! I nie ma mowy o jakimś wyjeździe, wigilię się spędza w domu, z rodziną, z dziadkami i na pasterkę trzeba iść przecież a nie na narty jechać Bóg wie gdzie!

     Ile to się zaczyna pojawiać takich zdziwionych min i zaskakujących pytań. Z roku na rok coraz więcej. Bo z roku na rok mamy inne pomysły, wprowadzamy jakieś nowości, jakieś zmiany, nawet w tradycji. Jasne, że święta mogą w tym roku różnić się od wcześniejszych, niekoniecznie z naszej inicjatywy, ale mogą. Tak samo mogły się różnić poprzednie i następne od tych, do których przyzwyczaili nas rodzice. Tradycja jest tylko słowem wymienionym w słowniku, takim, które określa jakieś czynności zostawione w przeszłości. Trzeba taki stan rzeczy przyjąć, po prostu. Bez oceniania, krytykowania czy obrażania. Mamy przecież tak wiele możliwości i głowę pełną kreatywności, którą możemy, dzięki dzisiejszym możliwościom  wykorzystać.

    InShot_20201217_231039128

    Serce mnie boli, jak przypomnę sobie nieszczęśliwe minki moich córek, z politowaniem patrzących, na stertę ziemniaków polaną odrobią śmietany. Wigilijny stół był dla nich stołem ubogim. Kręciły nosem na rybę po grecku, kwasiły się od barszczu a śledzie powodowały u nich odruch wymiotny. Kolejna wigilia była już lepiej zaopatrzona. Ich ulubione pierogi z truskawkami i karbowane frytki z ketchupem stały się nowym, tradycyjnym, wigilijnym daniem na tym świątecznym stole. Bo tradycja to coś, co już istnieje, ale też może zostać ustanowione, zmodyfikowane lub zapomniane.

    InShot_20201220_214105518

    Moje pierwsze sushi nie zrobiło na mnie wrażenia. Zapakowana porcja roladek uśmiechała się do mnie z Lidlowej lodówki, więc skusiłam się bo „jak nie teraz, to kiedy”. Powiem Wam, szału nie było. Kupa sklejonego ryżu otulająca jakiś skrawek, ledwo co wyczuwalny, nazwany na opakowaniu łososiem. W ustach „glumza”. Zastanawiałam się wtedy o co chodzi. Czy moje podniebienie nie jest przystosowane do takiego luksusu. Wykarmiona plackami ziemniaczanymi i naleśnikami z dżemem, mogłam przecież nie wiedzieć jak takie sushi ma smakować.  Ale ja się tak łatwo nie poddaję i kiedy zostałam zaproszona do prawdziwej restauracji z prawdziwym sushi to nie domówiłam. Noooo i wtedy to już uległam pokusie tych, dostosowanych do moich ust krążków. Idealnie przyciętych, świeżych i pachnących krabem, łososiem i tuńczykiem. I ja żadnego problemu z postawieniem na wigilijnym stole sushi nie mam. Karpia nie lubię, w żadnej postaci a sushi to jak najbardziej, więc obok frytek i pierogów z truskawkami stawiam właśnie na nie. Takie ekskluzywne z dobrej restauracji i w wygórowanej cenie, bo sama nie odważyłam się jeszcze go zrobić. I niech mi nikt nie mówi, że to nie jest tradycyjne danie bo w świecie, w którym nie można wejść na cmentarz w Święto Zmarłych ani całować się na powitanie z babcią żadne sushi w wigilię nie powinno nikogo szokować.

    InShot_20201220_213832825