• Ukochana

    „Weszła do domu i dosłownie legła na swojej nowej kanapie, w ulubionym, bakłażanowym kolorze. Nareszcie mogła sama zadecydować jaka kanapa pasuje do jej salonu, nareszcie nikt nie czepiał się, że welur się brudzi i szybko niszczy. Bakłażanowa, welurowa, jej ukochana. Legła i pomyślała „Nareszcie mogę pokochać siebie”.

    To fragment opowiadania, które zamieszkuje moją szufladę w biurku. Trochę się ich tam nazbierało. Madzia, bo tak na imię ma bohaterka, legła na tej kanapie po powrocie z szóstej, ostatniej już rozprawy rozwodowej. Sama, szczęśliwa, wolna i spokojna. Postanowiła wreszcie zacząć kochać siebie. Być może za późno, ale ja zawsze twierdzę, że lepiej późno niż wcale. Zasłużyła na tę miłość, na miłość własną.

     W tym walentynkowym nastroju zaczynam dziś pisanie. Czemu walentynkowym? Bo kilka dni przed komercyjnym świętem, wyrażającym najpiękniejsze uczucie – miłość. Madzia długo tkwiła w poddańczym związku, przelewając ogrom miłości na męża i dzieci. I nadszedł w jej życiu taki czas, który postanowiła przeznaczyć na miłość do samej siebie. Ciekawe, że musiało dojść do blokady w jej małżeńskim życiu, do blokady między nią a jej ukochanym sprzed lat, żeby dojrzała do takiej decyzji, o pokochaniu siebie. Miłość własna, do samej siebie. Otaczanie samej siebie najpiękniejszym uczuciem, to zadanie na ten tydzień. Zadanie dla mnie, ale być może dla Ciebie

    W kolejce do kasy w Polo Markecie wybierałam batonik, popołudniowa kawa w pracy wymaga wręcz jakiegoś wafelkowego dodatku a wybór był trudny bo przy kasie zazwyczaj wszystkie kuszą, uśmiechają się i wołają „weź mnie, weź mnie”. Młoda dziewczyna, stojąca przede mną na taśmie kasowej postawiła mleko, olej, poduszkę z  czerwonym serduszkiem i kubek   z    napisem „Dla mojej ukochanej”. Nie zwróciłabym na to wszystko uwagi, gdyby nie kasjerka, która z zakrytym maseczką uśmiechem, zapytała „Dla ukochanej?” – „Tak, dla mnie” – odpowiedziała dziewczyna. Kasjerka zamilkła, lekko zdziwiona odpowiedzią. No tak, pomyślałam, kto nam zabroni kupować samej sobie te wszystkie walentynkowe gadżety? Tak wiele mówi się o miłości własnej, a kupowanie kubeczka dziwi. Niech nie dziwi. Wszystko, co najlepsze dla ukochanej, najpiękniejsze pierścionki, najlepsze perfumy, najdroższe róże …w końcu ukochana na to zasługuje. A my tak mało, wciąż jeszcze za mało, siebie kochamy. Wciąż dbamy o innych bardziej niż o siebie. Doceniamy czyny innych, są dla nas ważniejsze niż własne. Wciąż za mało. Chociaż widzę jak bardzo to się zmienia, ku mojej ogromnej uciesze. Bo to przecież bez kochania siebie nikt inny nie pokocha nas tak, jak na to nie zasługujemy.

    InShot_20210210_164155618

    Pewna dziewczyna powiedziała mi, że nie lubi Walentynek bo nigdy nie dostaje prezentu od swojego ukochanego. Inna, że nie lubi, bo to takie święto na siłę, a jeszcze inna  widzi u mężczyzn przymus a nie potrzebę wyrażania uczuć. Ciekawe w jakiej grupie Ty jesteś? Ja chyba troszkę, w każdej. Nigdy nie lubiłam tego dziwnego święta. Nie rozumiałam ulegania temu, żeby brać udział w święcie przypominającym miłość. No bo jak to? Czy trzeba ustanowić specjalne święto, żeby ludziom przypomnieć o miłości? Trochę to dziwne, prawda? Przez wiele lat obserwuję mężczyzn, kupujących kwiaty, jak bardzo różnią się interpretując ten dzień. Jest wśród nich wielu takich, którzy czekają na ten dzień i całym swoim sercem cieszą się, że mogą wyrazić swoją miłość kwiatami. Ale jest duża grupa panów, kupujących kwiaty na siłę, na przymus, bo wypada. Czy my, kobiety chcemy dostawać kwiaty bo tak trzeba, bo wypada? Jeśli tak, lub jeśli nie, to dlaczego nie kochamy siebie bo wypada, bo trzeba? Pokochajmy kobiety, pokochajmy siebie.

     Tak naprawdę nikt nas tego  nie uczył. Jak kochać siebie? Jak rozpieszczać, jak szanować, jak traktować siebie z miłością? To nauka, którą większość z nas adoptuje z upływem czasu. Najlepiej gdyby ten czas zaczął się jak najwcześniej. Problem polega na tym, że jeśli nie nauczono nas tej miłości do samej siebie dawno temu, to teraz trzeba się bardziej nad nią pochylić. Wiedza szkolna o cosinusach, silniach i logarytmach miała być dla nas ważna… i była. Miłość do samej siebie natomiast, uznawana była za coś, czego nie wypada, nie istnieje, po prostu jest zbędne. I dziś widzę kobiety, które muszą…nie, przepraszam chcą uczyć się pokochać samą siebie, szanować samą siebie, doceniać samą siebie. Ja wiem jedno, zawsze można taki czas zacząć, zawsze może być ten odpowiedni moment na podjęcie  decyzji, którą podjęła Madzia. Możesz dać sobie prawo do szczęścia, do miłości własnej, do skoncentrowania uwagi na samej sobie. Powtórzę za klasykiem „Ukochaj się” !!!

    Zaczęłam dziś fragmentem opowiadania, kończę życzeniami walentynkowymi dla Was wszystkich, w formie wiersza Agnieszki Krokowicz „Dla Ani”

      „Napiszę Ci ten wiersz,

    Byś słońce zawsze w sercu miała.

    Byś w uśmiechu Buddy trwała.

    Napiszę Ci ten wiersz,

    Byś po świetlistej stronie

    Życia zawsze stała.

    Napisze Ci słów radosnych bez liku,

    Byś niezłomnie w postanowieniach

    Swoich trwała.

    Napiszę Ci to i tamto,

    Byś zawsze na plecach

    Skrzydła wolności miała”

  • Nie mam siły

    Zdarza ci się tak powiedzieć, co? Ile razy w ciągu roku, tygodnia, miesiąca? A może kilka razy dziennie? Po prostu się zdarza, wiem o tym, bo mam podobnie. No, może nie codziennie i nie dziesięć razy dziennie, ale się zdarza. Od samego rana, kiedy tylko otwierasz oczy i patrzysz na ten sam cholerny pokój, czujesz w środku złość, rozżalenie albo jedno wielkie „nic”. Czasem wynika to z niepowodzeń, które rosną w Twoim życiu, jak grzyby po deszczu. Czasem jest to skutek przebywania wśród ludzi, którzy powinni już dawno zejść z Twojej życiowej ścieżki. A czasem jesteś po prostu zmęczona. Przeczytasz pewnie w niektórych poradnikach, żeby sobie policzyć do dziesięciu, albo wypić filiżankę ulubionej kawy, albo szklankę wody z cytryną, może spacer… ale bywa, że nie pomaga nic.

    20210107_095243_HDR

    Jak ja sobie z takim dniem radzę? Czekam. Po prostu muszę przeczekać, przespać, uświadomić sobie, że tak po prostu czasem bywa. Minie. To przecież tylko jeden dzień, no dobra, może dwa. Ale dłużej to …o nie! Ja sobie nie mogę na to pozwolić. Życie płynie, nie poczeka na mnie. Muszę się ogarnąć, pozbierać do kupy. Znaleźć przyczynę, usunąć ją i zebrać swoje rozwalone graty do kupy. Poznałam kiedyś cudowną kobietę. Upokorzoną w swoim życiu niemiłosiernie. Skrzywdzoną i zranioną, ale jak się domyślacie na tyle odważną, że swoje życie zmieniła w pasmo promieniującego szczęścia. „Monika, życie jest takie proste, wybory są proste, decyzje są proste, a my wciąż stwarzamy problemy. My, ludzie, jesteśmy źródłem problemów”. I ja oczywiście się z nią zgadzam. Tylko jak nauczyć się żyć tak całkowicie bez szukania tych problemów? Jak odciąć się od myśli krążących wokół nich, od ludzi siejących niepokój i mnożących problem za problemem. Jak? Joga? Medytacja? Może trzeba wyjechać do Tajlandii? A może po prostu pokochać siebie?

    20210107_071214

     I znów pojawia się w mojej głowie egoizm. Jeśli jesteś ze mną dłużej to pamiętasz, że pisałam już o nim kiedyś. Ciągle aktualne co? Egoistek nikt nie lubi. Zauważ tylko, że Ci wszyscy, którzy „nie lubią” nie usiądą, w taki ponury dzień, obok Twojej kanapy i nie doradzą jak z niej zejść, nie doradzą co zrobić, żeby wrócił uśmiech, radość, energia. Dlatego skupić się na sobie to jedyne skuteczne lekarstwo. Nie zużywać swojej życiowej baterii jedynie na pracę, nowe projekty, za które firma zgarnie duży hajs. Nie angażować całych swoich sił na problemy innych, którzy nawet nie do końca chcą je rozwiązywać. Bo w końcu na Twoje projekty i na Twoje problemy zabraknie baterii. Twoja głowa potrzebuje regeneracji, Twoje ciało również. Jeśli potrzebujesz snu, śpij. Jeśli gorącej kąpieli, kąp się. Jeśli chcesz w spokoju obejrzeć serial, zrób to. A potem posłuchaj swojego Chochlika, który siedzi na Twoim ramieniu i dopinguje do działania, niczym najwierniejszy kibic – „Teraz weź się w garść, teraz do roboty, masz więcej siły, pomysłów.. dalej, rusz się” – Słyszysz go?? Mi pomaga.

    20210106_151936

    Miałam dziś jechać na pocztę i tak mi się strasznie nie chciało, no mówię Wam, jakby mnie ktoś przykleił „Super glue” do fotela. I te myśli „nie chce mi się” powtarzały się w mojej głowie wiele razy. No bo zimno, bo kolejka, bo tą kurtkę trzeba zakładać i jeszcze włosy uczesać. Milion wymówek. Ale Chochlik szeptał do ucha „Tak, weź się połóż najlepiej i ponarzekaj sobie, a listy same się wyślą”. I wiem, że miał rację, ale ciągle… „a może jutro pójdę, a może córkę poproszę” – „ Jezu, weź się kobieto ogarnij, po prostu idź i już”

    I wiecie co? Poszłam. Ja takiego Chochlika potrzebuję. Może Ty innego, takiego milszego bardziej. Nie ważne, byleby był skuteczny. Jeden słabszy dzień, ok. No, może dwa, ale więcej ….nie stać Cię na więcej. Jesteś przecież Kobietą Wartą Milion. Przed Tobą stoi kolejny dzień, przed Tobą świat stoi. A świat Ciebie potrzebuje.

  • Literacka lista przebojów

    Dużo Was tu czytających, dużo też piszących Kobiet Wartych Milion, które odwiedzają mojego bloga. Wiem, bo wiele z Was na facebookowej grupie ma ze mną  stały kontakt. Ten książkowy świat to zawsze była i będzie dla nas odskocznia od tego co dookoła, a czasem dokładnie to samo, co w nas.  I to jest piękne, bo rozwojowe. Ja lubię wszystko, co rozwojowe. Oczywiście nie tylko tzw. rozwojowe książki nas rozwijają, ale też takie normalne.. obyczajowe, romanse, kryminały, czytanie ogólnie bardzo rozwija. No tak myślę, jesteśmy bardziej otwarte, kreatywne, wrażliwe a może nawet bardziej wyrozumiałe. Takie są moje spostrzeżenia obserwując te kobiety, które w świecie książek istnieją stale oraz te, które od literatury jakiejkolwiek uciekają gdzie pieprz rośnie. Jeśli o książki w moim życiu chodzi, to ja je zawsze lubiłam, tak lubiłam. Ich zapach, szelest kartek, fakturę papieru, ale przede wszystkim treść. Ta treść musi kliknąć już w pierwszych stronach, bo jak nie klika, to odkładam. Potem często wracam, żeby dać jej szansę i różnie bywa. Albo kliknie później, albo wcale.  No tak już mam.

    InShot_20210110_234917779

     Książka, która dobra jest dla mnie nie koniecznie musi być dobra dla innych i na odwrót. Te książki, które u mnie klikały często wracają i za każdym kolejnym razem biorę z nich coś innego, nowego. Na kilka kolejnych miesięcy mogę Wam z czystym sumieniem polecić dobre i soczyste kąski książkowe. Wśród nich takie typowo „rozwojowe”, które już przerobiłam, czyli coś co mi w życiu pomogło i pomaga dalej, ale także powieści o miłości i cierpieniu, jednym słowem o życiu. I każda z nich jest wyjątkowa, bo każda inna. Dobrze jest mieć w swojej biblioteczce taką różnorodność bo i barwy w naszym życiu też są różnokolorowe.

    Pierwsza książka, po którą sięgnęłam w nowym roku, to Dziennik Coachingowy, nie tyle książka, co swego rodzaju zeszyt ćwiczeń. Pracuję z nim już kolejny rok i co najciekawsze każdy rok pokazuje mi obszar, w którym mam nad czym pracować. Otwiera mi głowę na nowe pomysły, nowe możliwości i podpowiada jak osiągnąć cele. Kamila Rowińska w mojej biblioteczce stanowi duży procent ogółu, więc cała gama jej książek z „Kobietą niezależną” na czele, również  początek tego roku zdominowała.

    InShot_20210110_234157921

    „Jeszcze będzie przepięknie” Sabiny Czupryńskiej to opowieść dla kobiet, dla których upadanie, podnoszenie, płacz, śmiech, załamanie i miłość to normalne życie. Bo dla której  z nas takim nie jest. Szczegółowe opisy sytuacyjne, zwracanie uwagi na detale, to takie kobiece „trzecie oko”. Czyż nie takim okiem ogarniamy rzeczywistość? To historia kobiety, która, jak wiele innych, zostaje sama i jak wiele innych, musi z tym żyć. Dzięki takim historiom każda kobieta może zobaczyć, że jednak sama nie jest i  że jej koniec świata to jednak nie taki znowu koniec. I może zainspirować się każdym zdaniem, choćby metodą 3W. Żeby ją poznać wystarczy wejść do świata Jaśminy.

    Jeśli chcecie dla odprężenia poczytać o bardzo skomplikowanym układzie damsko – męskim wypełnionym chemią, inteligentnym humorem, okraszonym seksem to polecam opowieść Abby Jimenez „To tylko przyjaciel”. Amerykańska pisarka i mówczyni motywacyjna w przystępny sposób uczy jak akceptować samą siebie, swoje reakcje, uczucia, przekonania. Dryfuje między wersami wytrawnym humorem, który uwielbiam i droczeniem się bohaterów. Typowo kobieca literatura.

    InShot_20210110_234122059

    O „Malowanym życiu” mogłabym opowiadać bez końca. Pewnie dlatego, że zaangażowana całą sobą byłam w proces twórczy tej trudnej historii. Z autorką Basią Grzymkowską -Blok poznałyśmy się jeszcze przed pandemią (dziwnie to brzmi). Nic wtedy nie zapowiadało tego całego szaleństwa. I właśnie podczas tego szaleństwa Basia ukończyła pracę nad książką i sfinalizowała jej wydanie. Ta poruszająca historia trzech kobiet wzrusza, zaskakuje i daje powód do refleksji. Wśród trudnych relacji międzypokoleniowych można dostrzec tak wiele podobieństw do naszych relacji. A wśród zachowań bohaterek nasze zachowania, choć bywa, że wymazujemy je z pamięci. Prawda, którą wykreowała Basia to nasza prawda, kobieca.

    Relacje damsko – męskie. Świat współczesnej kobiety. Praca, kariera, dziecko, mężczyźni… i to wszystko, w tak bardzo realistyczny sposób, wkomponowane w ulice Warszawy. Miasta, które można kochać lub nienawidzić. Miasta dla karierowiczów ale też nieszczęśników. Nade wszystko jednak ludzi. Takich jak ja i Ty. Czy można w tym mieście być szczęśliwym? Nie wiem. Może dowiem się z kolejnych stron „Widoków” Agnieszki Lis. Zaczęłam wczoraj i po kilku stronach przepadłam. A skoro wciąga i klika, to mogę polecić.

    To kilka książek, które mi towarzyszą na początku roku. Może i Was zainspirują do spojrzenia na życie oczami innych kobiet. To uczy zrozumienia i zmusza do wyjścia poza swoje własne granice. Tyle na te kilka miesięcy. Wiosną wyskoczę do Was na pewno z czymś nowym, jak zając wielkanocny. Przyjemnej lektury.  

  • Słowo na ROK

    No i natchnęła mnie koleżanka. Tak to jest, jak się uważnie słucha, czyta, ogląda. Wrzuciła Baśka słowo, kompletnie mi nie znane i uruchomiła moją wrodzoną ciekawość. Jeśli chcecie się dowiedzieć co to znaczy „HECNIE” koniecznie odwiedźcie profil Baśki na fb (link) Takie słowo sobie wybrała na towarzysza w nowym roku. Nie musiałam się długo nad swoim zastanawiać. Pierwsza myśl najlepsza i pojawiła się w głowie PASJA. Niby nic nadzwyczajnego, nic odkrywczego, a jednak. Moje podejście do „pasji” zmieniło się na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy znacząco. Kiedyś kojarzyło mi się z jakąś odmianą zainteresowań czy hobby. No bo przecież, tak jak ja,  słyszałyście nie raz pytanie „Co jest Twoją pasją?”. Różne odpowiedzi wtedy padały, prawda? Podróże, gotowanie, pisanie, czytanie itd. Itd. A więc, jak nic – hobby. Zauważyłam jednak, że „pasja” to też  rodzaj podejścia do różnych spraw, nastawienia, zaangażowania. W dodatku takiego podejścia, które sprawia nam przyjemność, a może nawet radość. Zaangażowanie w robieniu czegokolwiek, jest składnikiem takiego czynu, w którym nie jesteśmy zmuszane, ale same sobie narzucamy stopień tego zaangażowania.

    InShot_20210104_224411890

    Rozsadzałam ostatnio sukulenty, to takie kwiaty podobne do kaktusów, tylko bez kolców. Potrzebne mi one będą na warsztaty, które poprowadzę. Uwielbiam je prowadzić, uwielbiam kwiaty i uwielbiam je rozsadzać. Wszystko to sprawiło, że z ogromnym zaangażowaniem podeszłam do tej czynności. Dla kogoś innego grzebanie w ziemi, rozdzielanie korzeni to istny koszmar. Dla kogoś, kto to uwielbia, może być to pasją. I z taką właśnie pasją podeszłam do tej czynności, zupełnie nieświadomie. Tak właśnie jest, jak się robi coś z pasją. Nie zerkając na zegarek, ani na zasypaną od ziemi podłogę. Dlaczego, bo się zaangażowałam. Sprawiło mi to frajdę. Bo robiłam to z pasją.                

    IMG_20210104_180821_302

    Z taką pasją chcę podchodzić do całego tego nowego roku. Chciałabym ją przełożyć na wiele czynności, przekształcić „muszę” w „chcę” i usunąć wszystkie konieczności na rzecz zaangażowania. Nie będę ściemniać, że z pasją biegnę na pocztę, albo wypełniam zeznanie podatkowe. Ja akurat tego nie lubię, ale od jakiegoś czasu takie zadania „nie lubiane” po prostu wykonuję i zapominam. Nie roztkliwiam się nad nimi, nie analizuję i co najważniejsze, nie przekładam na potem. Bo to „potem” zajmuje moją głowę cholernie dużo czasu. Za dużo. Czego efektem jest poświęcanie czasu czemuś, czego nie lubię zamiast skupianie się na czymś, co jest moją „pasją”.

                Swoje pasje w tym roku przekształcam na robienie czegoś  „z pasją” . Gotowanie z pasją, kopanie ogródka z pasją, pisanie z pasją, nawet jedzenie z pasją. To słowo nabrało dla mnie soczystości i konkretów. Takie „życie z pasją” to życie z miłością, z zaangażowaniem i działaniem, świadomym działaniem. Bez względu na to, czy przynosi ono korzyści materialne czy nie. Nie wszystko w życiu jest przeliczalne przecież na pieniądze, są też inne korzyści. O nich innym razem.

    IMG_20210104_180705_758

    Dojrzałam do tego, aby zamienić swoją pasję do czytania na czytanie z pasją. Pasję do pisania na pisanie z pasją, a pasję do pracy na pracę z pasją.  Widzicie różnicę? Jest ogromna. Ma zupełnie inny wymiar. Ja wiem jakie czynności mogę wykonywać z pasją i chcę wykonywać je częściej, więcej. Te zaś, które są „nie lubianymi” zadaniami do wykonania, takimi zostaną bo nie jestem w stanie wymusić na sobie pasji do nich. Nie jestem w stanie wszystkiego wykonywać z pasją, chyba nikt nie potrafi. Jest to moim zdaniem nie możliwe, a nawet gdyby, to znaczenie wykonywania czegoś „z pasją” straciłoby swój urok i znaczenie. Z mojej obserwacji wynika, że czynności, które wykonuję z pasją, sprawiają mi przyjemność, wykonuję je z większą łatwością i przede wszystkim nie dołuję się, nie męczę, nie zmuszam. Życie, które zmusza, to życie szare. Ja takiego szarego życia mam dość. Chcę, żeby moje życie miało barwy, smak i kontrast. Żeby takie było wiem, że potrzebna jest pasja. Będę się tego trzymała i pilnowała, żeby z pasją do życia podchodzić, tak jak z pasją do Ciebie piszę. Moim słowem na ten rok będzie PASJA. Jeśli masz ochotę wybierz sobie słowo na ten rok, tak jak ja i Basia. Ciekawa jestem co to będzie, podziel się nim w komentarzu tu albo na naszej grupie. Pięknego życia z pasją Ci życzę.

  • Wymarzony sylwester

    Czy jest taki w ogóle? Może to bal na zamku w pięknej sukni od Versace? Może kulig w pięknych saniach na ośnieżonych, góralskich stokach? A może jakaś domówka u sąsiadów z czwartego piętra? Zapytałam kilka kobiet… Okazało się, że miejsce nie jest ważne, ani te suknie ani fryzury. To ludzie są ważni, tacy z którymi czujemy się swobodnie, dobrze, bezpiecznie. Jestem przekonana, że żadne ograniczenia i obostrzenia tego nie zmienią. Były przecież takie Sylwestry z wielką pompą, które wspominamy z rozczarowaniem i takie, które nawet planowane specjalnie nie były a okazały się najwspanialszą imprezą w życiu. Każda z nas może opowiedzieć wiele sylwestrowych historii pełnych śmiechu, żartów albo smutku, bo i takie się zdarzały. Nie oszukujmy się, tam gdzie jest źle.. tak po prostu.. źle życiowo to i Sylwester może być smutną imprezą. Często jest wyczekiwaną nocą, ale też często taką trochę wymuszoną, bo trzeba…bo każdy się bawi… bo taka tradycja. Otóż nic nie trzeba dziewczyny, nie każdy się bawi i to nie musi być Wasza tradycja. Macie prawo spędzić tę ostatnią noc roku w taki sposób, w jaki chcecie. Mam w swoich wspomnieniach Sylwester z pompą, który kosztował pół mojej wypłaty, a na który biegłam zmęczona, po ośmiu godzinach pracy na nogach.  Nie wspominam go dobrze, zabawa z przypadkowo dobranymi osobami w zupełnie nie moim stylu, bardziej męczyła niż bawiła. Dlatego też podpisuję się pod opinią większości z Was, że to towarzystwo jest najważniejsze, miejsce mniej.

    lisanne-van-elsen-bTLY5vK7Xis-unsplash

    Sylwester jest przełomem, granicą pewnego rodzaju, pomiędzy tym, co było a tym, co będzie w tym kalendarzowym roku. Po to został stworzony, do rozgraniczenia działań, do odpoczynku, do nabrania sił, oddechu i znalezienia swojego miejsca w blokach startowych.  Za chwilę kolejny rok, nowy rozdział i nowe działania. Zanim ja je podejmę tradycyjnie muszę podsumować to, co było, to co się działo, a działo się dużo, bardzo dużo. Pomimo tej całej epidemii, strajków, maseczek, zakazów i nakazów miałam dobry rok. Pełen pracy, rozwoju osobistego, nowych znajomości  i nowych doświadczeń zawodowych.

    Pisałam Wam ostatnio o podsumowaniach, takich blogowych, emocjonalnych. Te matematyczne zostawiłam na ostatni dzień roku. Są dla mnie ogromnym sukcesem, a sukcesami trzeba się dzielić. W całym tym „dziwnym” roku miałam w sobie dużo zapału do pracy, jestem bowiem przystosowana do działania w warunkach ekstremalnych. Im trudniej dookoła, tym więcej mam werwy do pracy. Taki typ, co zrobić? Efektem tego było 80 artykułów opublikowanych na blogu, 18 części podcastów i dwa wywiady. W ciągu całego roku odwiedziło go 2505 osób, a sam blog liczy sobie aż 11347 odsłon. Czyż to nie jest sukces?? Ogromny!! Świadomość tego, że moje słowa docierają do tak dużej ilości osób jest dla mnie ogromną motywacją do działania w roku kolejnym. Kobiety zawsze były, są i jestem pewna, że będą moją inspiracją i odpowiedzią na wiele pytań. Poznałam ich w tym roku bardzo dużo. Także dzięki blogowi.  Wspólne tematy, wspólne problemy łączą a nie dzielą te kobiety, które znają swoją wartość i szukają odpowiedzi a nie unikają ich.

    danil-aksenov-gWZfmnDoL_E-unsplash

    Moja facebookowa grupa, która jest głównym łącznikiem z blogiem to zrzeszająca ponad 300 kobiet społeczność, z którą wspólnie stworzyłam kilka ciekawych postów i artykułów. To dzięki nim wiem, że mam odzew i że moja praca ma sens, a ich aktywność jest moim motorem do działania. To kobiety w różnym wieku od 13 do 70 lat, z różnych stron świata od Polski poprzez Wielką Brytanię aż po Norwegię. Wspaniale jest czytać ich komentarze i wiedzieć, że jeszcze komuś się chce. Bo trochę ten wirtualny świat stał się tylko światem do obserwowania, do działania mniej. A kiedy czytam kolejne komentarze, widzę kolejne kliknięcia i udostępnienia to wierzę, że może być inaczej. Że to my, kobiety, możemy być kreatorkami rzeczywistości a nie jedynie odtwarzaczami tego, co ktoś inny próbuje nam wgrać.  Z tą wiarą wchodzę w Nowy Rok, wiarą w aktywność kobiet, w ich odwagę i twórczość. I z nadzieją, że będzie dobrze, że będzie lepiej, że oddychać będziemy pełną piersią. Że budowanie własnej wartości opierać będziemy na tej, którą już mamy i nie pozwolimy na jej utratę. Wam życzę tego samego w ten ostatni dzień  roku i cieszę się, że ze mną jesteście bo przecież nie ważne gdzie, ważne z kim. 

  • Święto Kobiety Wartej Milion

    Zerkając w nowy kalendarz zauważyłam, że w samym tylko styczniu ustanowiono aż 72 tzw. „Nietypowe święta”, czyli ponad dwa święta na dzień. Od „Dnia Dziwaka”, poprzez „Dzień Wtulania” aż po „Dzień Sprzątania Biurka”. Legenda głosi, że taki kalendarz został wymyślony już w czasie I Wojny Światowej, aby zająć poddanych Cesarstwa Niemieckiego świętowaniem, a nie braniem udziału  w wojnie. Jak się okazuje wiele zawodów, żywiołów, rzeczy i wydarzeń zostało objętych takim świętowaniem. Swoją drogą nie mam pewności, czy główni bohaterowie tych świąt w jakiś istotny sposób je obchodzą. Myślałam też o tym, aby  poczynić jakieś starania i ustanowić święto pt. „Dzień Kobiety Wartej Milion”. I znając siebie pewnie by mi się to udało, ale sama się przekonałam do tego, że takie święto  jest codziennie, a przynajmniej codziennie powinno nim być. Każdego dnia jesteśmy przecież istotnym ogniwem dla otaczających nas osób, skarbem dla samych siebie i dumną jednostką tego szalonego świata.

    InShot_20201227_175902750

    Noszenie uśmiechu, takiego szczerego, pełnego radości, może być przecież na naszej twarzy widoczne codziennie. Bycie szczęśliwą, spełnioną kobietą, pełną ambicji, chęci rozwoju, aktywną, też może być zjawiskiem codziennym. I wtedy jest nasze święto. Święto Kobiety Wartej Milion – to jest moje marzenie – aby każdy dzień był takim świętem.

    Jestem przeszczęśliwa pod koniec tego szalonego roku. Wszędzie dużo słów o podsumowaniach i planach na rok kolejny i wiecie przecież, że tego nie da się uniknąć. Ale co mi tam – duma, radość i szczęście to jest to, z czym kończę ten rok, jako autorka tego bloga. Dużo, naprawdę dużo komentarzy, dużo wiadomości i dużo słów z wydźwiękiem optymizmu i podziękowań od Was usłyszałam w tym roku. Czasem pisane bezpośrednio, czasem otrzymane przez osoby trzecie. Są wśród Was kobiety, które dziękowały mi za artykuły, bo były im bliskie, gratulowały bo trafiłam w sedno, były pocieszone bo okazało się, że ich problem nie jest jedynym problemem na  świecie. Są wśród Was też takie kobiety, które regularnie wchodzą na naszą facebookową grupę i są tam ciągle aktywne, będąc inspiracją dla siebie nawzajem. Z tych aktywności powstały nowe znajomości, które nawet na odległość są źródłem motywacji. Dzielicie się swoją wiedzą, spostrzeżeniami i uwagami. Te internetowe znajomości stały się w tym pandemicznym roku znacznie silniejsze. Jestem dumna z tego, że stworzyłam tą grupę i z Was, że wspólnie ze mną ją tworzycie. Cudne słowa docierają do mnie w różnych niespodziewanych momentach. Jak te o Iwonie, która w dwa dni przeczytała wszystkie artykuły i postanowiła coś w swoim życiu zmienić. Było ono do tej pory bolesne i pełne marazmu, ona była przybita problemami, zdołowana i zniechęcona do wszystkiego. Nie przypisuję sobie sukcesów w jej rozwoju i zmianie, ale wiem, że słowa mają moc, doświadczenia dodają siły a każda z nas potrafi odnaleźć w tych artykułach jakąś iskierkę, która aktualnie jest jej potrzebna. Iwona odnalazła swoją. To jest dla mnie nagroda najcenniejsza. Jej słowo „dziękuję”.

    InShot_20201111_155527630

    Ja wiem doskonale, że nawet kiedy jestem optymistką i w różowych okularach patrzę na świat, to znajdzie się taki jeden…dwa.. trzy dni, które są owiane szarością. Takie, w których nie mam siły, nic mi się nie chce i cały świat jest do bani. Każda z nas ma takie dni. I wtedy potrzeba nam dopingu, potrzeba motywacji, jakiegoś pocieszenia lub kopniaka do działania. I po to właśnie są te artykuły, po to są podcasty, żeby zobaczyć świat z innej perspektywy, żeby następnego dnia zrobić krok do przodu. Wtedy będzie kolejne Święto, kolejny dzień w którym nasza, kobieca wartość uniesie się ponad wszystkim. I tego życzę Wam, moje czytelniczki. Siły i motywacji do działania każdego dnia. Nie poddawania się złym emocjom i  traktowania siebie, każdego dnia, jak Kobietę Wartą Milion.

  • Sushi na wigilię

    No gdzie na wigilię sushi? No gdzie? Przecież to nie jest tradycyjne danie wigilijne!

    Jak frytki?? Frytki? Oszalałaś?! I nie ma mowy o jakimś wyjeździe, wigilię się spędza w domu, z rodziną, z dziadkami i na pasterkę trzeba iść przecież a nie na narty jechać Bóg wie gdzie!

     Ile to się zaczyna pojawiać takich zdziwionych min i zaskakujących pytań. Z roku na rok coraz więcej. Bo z roku na rok mamy inne pomysły, wprowadzamy jakieś nowości, jakieś zmiany, nawet w tradycji. Jasne, że święta mogą w tym roku różnić się od wcześniejszych, niekoniecznie z naszej inicjatywy, ale mogą. Tak samo mogły się różnić poprzednie i następne od tych, do których przyzwyczaili nas rodzice. Tradycja jest tylko słowem wymienionym w słowniku, takim, które określa jakieś czynności zostawione w przeszłości. Trzeba taki stan rzeczy przyjąć, po prostu. Bez oceniania, krytykowania czy obrażania. Mamy przecież tak wiele możliwości i głowę pełną kreatywności, którą możemy, dzięki dzisiejszym możliwościom  wykorzystać.

    InShot_20201217_231039128

    Serce mnie boli, jak przypomnę sobie nieszczęśliwe minki moich córek, z politowaniem patrzących, na stertę ziemniaków polaną odrobią śmietany. Wigilijny stół był dla nich stołem ubogim. Kręciły nosem na rybę po grecku, kwasiły się od barszczu a śledzie powodowały u nich odruch wymiotny. Kolejna wigilia była już lepiej zaopatrzona. Ich ulubione pierogi z truskawkami i karbowane frytki z ketchupem stały się nowym, tradycyjnym, wigilijnym daniem na tym świątecznym stole. Bo tradycja to coś, co już istnieje, ale też może zostać ustanowione, zmodyfikowane lub zapomniane.

    InShot_20201220_214105518

    Moje pierwsze sushi nie zrobiło na mnie wrażenia. Zapakowana porcja roladek uśmiechała się do mnie z Lidlowej lodówki, więc skusiłam się bo „jak nie teraz, to kiedy”. Powiem Wam, szału nie było. Kupa sklejonego ryżu otulająca jakiś skrawek, ledwo co wyczuwalny, nazwany na opakowaniu łososiem. W ustach „glumza”. Zastanawiałam się wtedy o co chodzi. Czy moje podniebienie nie jest przystosowane do takiego luksusu. Wykarmiona plackami ziemniaczanymi i naleśnikami z dżemem, mogłam przecież nie wiedzieć jak takie sushi ma smakować.  Ale ja się tak łatwo nie poddaję i kiedy zostałam zaproszona do prawdziwej restauracji z prawdziwym sushi to nie domówiłam. Noooo i wtedy to już uległam pokusie tych, dostosowanych do moich ust krążków. Idealnie przyciętych, świeżych i pachnących krabem, łososiem i tuńczykiem. I ja żadnego problemu z postawieniem na wigilijnym stole sushi nie mam. Karpia nie lubię, w żadnej postaci a sushi to jak najbardziej, więc obok frytek i pierogów z truskawkami stawiam właśnie na nie. Takie ekskluzywne z dobrej restauracji i w wygórowanej cenie, bo sama nie odważyłam się jeszcze go zrobić. I niech mi nikt nie mówi, że to nie jest tradycyjne danie bo w świecie, w którym nie można wejść na cmentarz w Święto Zmarłych ani całować się na powitanie z babcią żadne sushi w wigilię nie powinno nikogo szokować.

    InShot_20201220_213832825
  • Święty spokój od święta

     

    Mówię kobiecie, że to magiczny czas, a ona że nie ma prądu bo licznik jej zdjęli. Mówię, że teraz taki klimat świąteczny i wszyscy się radują, a ona boi się do domu wrócić bo pijany mąż znowu dostanie jakiegoś szału bez powodu. Ech to życie, bywa brutalne, niesprawiedliwe i takie.. nie równe. Mimo, że większość z nas ma podobne szanse i rokowania to jednak, jakimś dziwnym sposobem, nie jesteśmy wyposażone w tak wiele cennych cech. Asertywność, Odwaga, Samodzielność, Wiara, czemu? Czemu ciągle spotykamy takie trudne do odwrócenia sytuacje życiowe kobiet, zatopionych w chorych relacjach i  dramatach na różnych płaszczyznach? Ktoś mi kiedyś powiedział, że to z wygody, że wygodnie im w tych związkach, bo nic nie muszą z siebie dawać, nie muszą podejmować trudnych decyzji i samodzielnie działać, licząc tylko i wyłącznie na siebie. Może, nie wiem.. trudne to. Rozmawiając ostatnio z jedną cudowną i ciepłą kobietą, która od wielu miesięcy zbiera się do usamodzielnienia i uwolnienia od męża oprawcy, tym razem usłyszałam, że to nie jest dobry moment. Koronawirus, święta…że może poczeka, że może po Nowym Roku.. no…może. Rzeczywiście często jest tak, że trzeba poczekać, trzeba pomyśleć, przemyśleć, zaplanować i przygotować się. Ja też czekałam, choć wiedziałam, że na takie ruchy nigdy nie będzie idealnego czasu, momentu. Trzeba być tylko gotowym. I dokładnie tak, jak z „planem wydarzeń”, który kiedyś na języku polskim robiliśmy, trzeba zrobić „plan” takiej zmiany, bez  względu na to, jaka ona by nie była. Bez chaotycznych ruchów, żeby nie pozwalać żadnego pionka z życiowej szachownicy.

    InShot_20201217_223416519

     Wirus wirusem, święta świętami, ale najważniejszy jest spokój, nie bez powodu łączony tak często ze słowem „święty”. Wiele kobiet stąpa po ziemi niepewnie, nie znając swojej misji, błądząc i popełniając błędy. Jednak świadomość bycia w tej grupie nie jest wcale pocieszająca. Pocieszające będzie wyjście z niej, złapanie steru i żeglowanie w inną stronę niż dotychczas. Tak, aby pokolorować swoje życie, aby zmienić swój nastrój i żeby zrobić sobie święta.. nawet tak.. nie od święta, tylko na zawsze. Bo życie jest krótkie i może być piękne. Bieganie pomiędzy codziennymi obowiązkami, usługiwanie innym w domu, w pracy.. taki obrazek, też przed świętami, zdaje się być normą. Może to właśnie ten czas będzie momentem do zmiany, albo chociaż do podjęcia decyzji o zmianie. Proponuję dziś, przyjrzyj się tym swoim świętom. To prawda, że trochę innym, ale to ciągle święta w gronie najbliższych. Spójrz na ten czas z lotu ptaka, zobacz siebie w całym tym zgiełku. Zatrzymaj się na chwilę i zadaj sobie kilka pytań. Czy to ci się wszystko podoba? Czy tak miało być? Czy jesteś spokojna, szczęśliwa, radosna? Jaka w ogóle jesteś? Czy więcej jest negatywnych czy pozytywnych emocji? I czy możesz to w jakiś sposób zmienić? Od razu Ci powiem, że możesz. Jeśli tylko chcesz. Możesz swoje święta przeżyć tak, jak sama tego chcesz. Możesz wyglądać przy wigilijnym stole tak, jak chcesz. Możesz zaprosić do niego tego, kogo chcesz. I możesz w końcu być szczęśliwa lub nie, jeśli tego chcesz. Jesteś dorosłą kobietą, która zasługuje na szacunek, odpoczynek, dobry barszcz i uszka, nawet jeśli są z Biedronki. Tylko musisz sobie samej na to pozwolić. Ułatwi ci to z pewnością przełożenie takiego stanu rzeczy na okres poświąteczny, na bardzo długi okres. Ustalisz sobie plan wydarzeń na kolejny miesiąc i rok. Ustalisz fakty i działania, które pozwolą Ci zapłacić rachunek za prąd, powrót do spokojnego i bezpiecznego domu oraz „święty spokój” nie tylko „od święta” 😊

  • Życie usłane różami

    Bo bycie matką jest takie cudowne. To całe macierzyństwo, instynkt i te cudne małe stópki i ten zapach noworodka i te śliczne piosenki, śpiewane w przedszkolu i nawet jak dziecko, wspólnie z nowozaślubionym, śpiewa wspólnie z setką gości „Cudownych rodziców mam”. Oj, jakie piękne, cudowne, wzruszające…. Taaa, mhhyy. Bo ten matczyny świat jest przecież usłany różami. Czasem mam wrażenie, że te róże to na złym podłożu rosną i gleba albo za sucha, albo za kwaśna… no idealna nie jest. Jasne, że to są momenty do wspomnień idealne i najlepiej się o nich mówi, zachęcając młode dziewczyny do wejścia w matczyną rolę. Oczywiście jest to jasne dla jakiejś osiemdziesięcio procentowej grupy mężczyzn, w tym również tatusiów. Bo to właśnie w ich oczach, takim właśnie nastrojem pachnie macierzyństwo. Często te oczy nie są świadome ile kryje się bólu, cierpienia, łez i rozterek w tej, instynktem wypełnionej, matce. Wy kobiety wiecie, że to jest normalne, prawda? Wiecie? Chryste! Mam taką nadzieję. Choć zdaję sobie sprawę, że wciąż mamusiek ukrywających te tzw. złe emocje jest spora gromadka.

    omar-lopez-vTknj2OxDVg-unsplash

    Tak mi się ten tekst rzucił na klawiaturę, zaraz po powrocie z marketu budowlanego, o dziwo wypełnionego kilkoma mamuśkami, w różnym wieku. Mój zmysł obserwatora, wpędzający mnie często w skrajne emocje, dostrzegł mamuśkę z małym brzdącem, biegającym pomiędzy kabinami prysznicowymi. Wrzeszczącym, pobudzonym, ale niezwykle szczęśliwym, w całej swej dziecięcej postaci. Chyba tylko ja to tak odebrałam. Jako mama dorosłych już dzieci z rozkoszą patrzę na te rozrabiające brzdące, wiedząc, że patrzę na nie tylko przez chwilę. Mamuśka brzdąca goniła  z marnym skutkiem, nie kryjąc swego zdenerwowania. Kiedy natknęłam się na nich przy kasie zmieniłam swój nastrój, a właściwie to zmieniła go pewna starsza mamuśka, która z bardzo dojrzałą już córką, obrzuciła tę młodą z brzdącem, usadowionym w wielkim koszu, epitetami nie godnymi jej futra przy kapturze. Że „co to za matka”, że „jak tak można”, że „co to za bachor” i że „niektóre to na matki się nie nadają”.

    Powiedziała co wiedziała, pomyślałam. Cisnęło mi się na usta kilka lepszych epitetów, które idealnie pasowałyby do tej sędziwej mamuśki, ale powstrzymała mnie, swoim pełnym zrozumienia wzrokiem, ta młoda od brzdąca. Była już zmęczona tym bieganiem, twarz miała spoconą, czerwoną, domyśliłam się, że nie kupiła wszystkiego, co chciała. Może łatwiej by jej było, gdyby przyszła z mężem, może łatwiej bez brzdąca, może … a może po prostu nie miała takiej możliwości. Było mi jej żal, tak po ludzku, zwyczajnie. Wiem, ile może mieć problemów taka matka. Wiem, że są takie problemy, o których ani ja, ani ta sędziwa, nie mamy pojęcia. Bo takie mamuśki to, oprócz piosenek w przedszkolu, muszą czasem odwiedzać psychologa dziecięcego. Czasem muszą modlić się o zdrowie śmiertelnie chorego dziecka, czasem borykają się ze swoim macierzyństwem zupełnie same. Czasem są bite a czasem biedne. Są takie mamuśki, które nie śpią całymi nocami, żeby czuwać przy dziecku i takie które nie śpią bo wypatrują, przez okno, czy syn wraca naćpany czy czysty. Są mamuśki, które słyszą od dziecka, że chcą innej matki, takiej która daje słodycze i nie zmusza do odrabiania lekcji, i takie, które są tak zmęczone po dwunastu godzinach pracy, że nie mają siły nawet słuchać o nowej szkolnej miłości.  A taka „matrona” Ci powie „co to za matka”? No szlag!!!

    nathan-dumlao-7V72k8qWfMs-unsplash

    Macierzyństwo ma stron kilka. I wachlarz emocji ogromny. Od cudownych pachnących stópek po rozterki czy kochać bardziej syna czy córkę. Od pochwał w szkole, po strach przed rozmowami o seksie. I nic bardziej mnie nie wkurza jak brak zrozumienia jakiejkolwiek mamuśki przez inną mamuśkę. Wstyd i hańba. To jest jeden  z tych powodów, dla których mam obawy przed staniem się „starą, zrzędliwą babą”. Cały wór złotych talarów temu, kto zapewni mnie, że tak się nie stanie. Nie chcę patrzeć na młode mamy i wyśmiewczym spojrzeniem sprowadzać je do parkietu dla nieudaczników. Nie chcę zapomnieć jak się źle czułam, kiedy moja trzyletnia córka ściągnęła obrus z ołtarza, razem ze wszystkimi akcesoriami, podczas niedzielnej mszy dla dzieci. Chcę to pamiętać i chcę łączyć się w bólu, cierpieniu i wstydzie ze wszystkimi mamuśkami, biegającymi za brzdącami. Bo bycie matką tak nie do końca usłane jest różami. Bo bycie matką to też zmęczenie i zwykły brak sił. Bo bycie matką to też niemoc i poddawanie się kilka razy w tygodniu w obliczu najmniejszych nawet wyzwań. Zrozummy się kochane.. mamuśki, córki i babcie.

  • Święta od serca

    Klimat Świąt Bożego Narodzenia to zdecydowanie mój klimat 😊 Jest w nich coś magicznego, uroczystego i jednocześnie radosnego. I mimo tego, że kalendarz pęka w szwach od nadmiaru różnego rodzaju świąt, to właśnie te zimowe są, chyba nie tylko dla mnie, wyjątkowym czasem. Jestem pewna, że  ten klimat tworzymy sobie sami, pomijając  oczywiście cały religijny aspekt. Poprzez spojrzenia, poprzez szacunek, rozmowę czy „bycie” po prostu. A wszystko co dookoła  nam w tym pomaga. Śnieg za oknem, światełka na choince i udekorowany dom, to jest właśnie ten klimat, którego brakuje w inne święta. Dlatego to w dużej mierze zależy od nas, czy klimat będzie czy nie. Zastanawiałam się kiedyś, jak to jest takiego klimatu w domu nie mieć i nie wiem, nic mi do głowy nie przychodzi. Żadne wspomnienie nie przynosi na myśl domu, mieszkania, pomieszczenia jakiegoś bez świątecznych akcentów. Nawet w bankach przecież coś migocze, jakaś bombka wisi.

    InShot_20201208_100049557

     Jak ja je wszystkie lubię . I choć zmieniają się na przestrzeni lat i pewnie zmieniać będą, to kryją w sobie magiczną energię. Pamiętam, że jako mała dziewczynka tworzyłam w przedszkolu jakieś papierowe ozdoby na choinkę, w ruch szły nożyczki, krepa, kolorowy papier i szkolny klej w tubce. Łańcuchy klejone z cieniutkich paseczków zdobiły każdą niemal choinkę w peerelowskim domu. Każdy miał to, co dostał, lub to, co zrobił. Na szczęście w dzieciach siła i wszystkie wykazywałyśmy się takimi zdolnościami, jakich mogą pozazdrościć niejedne współczesne nastolatki. Już wtedy wiedziałam, że rolki po papierze toaletowych można wykorzystać na różne sposoby.

    InShot_20201128_195613085

     Kiedy nauczyłam się w szkole robić „podłaźniczki” cała rodzina była przeszczęśliwa. Co roku lądowały na naszym stole, na stole innych rodzin, do których często trafiały prosto z naszej szkolnej wigilii. Taka namiastka dzisiejszych stroików i wieńców. Tyle pracy trzeba było włożyć we wiązania tych kłujących gałązek i radzić sobie z mocowaniem świeczek, bez magicznej gąbki florystycznej. Było zielono, było pachnąco, świerk, taki prosto z lasu, zdawał się być wiodącym aromatem. Cynamon i anyż pojawił się dopiero później i pozostał ze mną do dziś, ich zapach ociepla każdy świąteczny dzień,  dodając jakiejś łagodności i harmonii. Zostały też świece, przeróżne, ale były.. zawsze. W ich blasku iskierki w oczach potrafią skryć przecież tyle emocji.

    IMG_20191224_062244_119

    Najpiękniejsze, kolorowe i samodzielnie wykonane dekoracje, już po kilku latach okazały się być passe. No bo przecież nie pasowały kolorem, fakturą i w ogóle przyszły inne czasy, inna moda. Nagle w sklepach pojawiło się tysiące ozdób w różnych kolorach czerwieni i złota. Lameta poszła w odstawkę, sople cukierkowe to już nawet ze sklepów zniknęły, łańcuchy z papierowych kółek wymiotły te z puchatych, srebrnych i złotych folijek oraz innych sztuczności. Lampki choinkowe stały się ledowymi i już nie trzeba było wymieniać każdego roku kolorowych żarówek. Poszliśmy w kolor. Było na złoto, na srebrno, na czerwono i w końcu na pastelowo, wcześniej nie do pomyślenia, bo przecież to nie kolory świąteczne. Teraz już świąteczne, już wszystkie są świąteczne. Zaczęło się dobieranie wianków na drzwi w tej kolorystyce i świeczek do świeczników i poduszek nawet na kanapę. Bo wszystko musiało być do koloru. Obrus, talerze i nawet piżama musiały do siebie pasować, wpasować się właśnie w ten świąteczny klimat. Sama pamiętam swoje przejście od świątecznej czerwieni, do różu, w którym się zakochałam. Kto by pomyślał dwadzieścia lat wcześniej, że na mojej choince pojawią się wielkie różowe kwiaty.

    IMG_20191217_231829_128

    Piękne witryny sklepowe zaczęły zachęcać do wejścia i kupienia choć jednej dekoracji zgodnej z najnowszym trendem.  Wianków bez liku na drzwiach, stołach, komodach….gdzie się da. A światełka migotać mogły już nie tylko na choince, ale też we wszelkiego rodzaju szkle, na karniszu, pod karniszem i na ramach okiennych. Wszystko dopasowane, z klasą, ze smakiem. Jedynie w domach pełnych dziecięcego szczebiotu można było sobie ciągle pozwolić na dekoracje wykonane z szyszek, makaronu czy krepiny, bo kreatywność  przedszkolaków nie zna przecież granic. W każdym z tych momentów był klimat, bo sami go sobie stwarzaliśmy, czy na różowo, czy na złoto czy na ludową nutę.

    InShot_20201208_100327143

     Dziś jest jakoś inaczej. Ten rok jest przecież inny. Zauważyłam to w ciągu kilku ostatnich dni, kiedy szaleństwo dekorowania domów jest w rozkwicie. Mam na co dzień do czynienia z ogromną ilością dekoracji świątecznych, takich gotowych, przywiezionych z hurtowni, ale też robię je sama lub z uczestnikami warsztatów.  Wiele osób mówi mi, że wyciąga w tym roku wszystko. I te dekoracje sprzed roku i te sprzed lat dziesięciu. I pomimo tego, że ostatnio u nich srebro i biel to w tym roku wszystko będzie. Pomimo tego, że tegoroczne trendy kładą nacisk na  złoto i naturę, to wiele osób mi bliskich stawia na  taki misz masz, czyli czym chata bogata. Swoją drogą zastanawiałyście się kiedyś kto te trendy ustala? Oczywiście, że producenci, oczywiście, że to ma na celu marketing i kasę, inaczej nigdy nie będzie.

    My się chyba chcemy drogie panie nakarmić tymi świętami, tym magicznym klimatem na zapas. Żeby było wesoło jak u Kevina, który kolejne święta będzie sam w domu. Tym razem hasło „zostań w domu” nie dotyczy tylko jego. Skoro w domu, skoro wszyscy to zajęcie sobie można znaleźć i pokleić jakieś cudeńka na choinkę albo stroik wyczarować na stół wigilijny. A więc wszystkie lampki do boju, wszystkie bombki, we wszystkich kolorach i szopki klejone kilkanaście lat temu też wyjmijmy i postawmy gdzieś w widocznym miejscu. Tak, jest teraz czas na wszystko, na elegancję i kicz, na instagramowe wnętrza i krzywo klejone girlandy. Do wszystkiego sama z resztą zachęcam. Od zawsze robiłam te dekoracje sama i robię cały czas, dokupuję coś każdego roku zbierając w pudłach gusta poszczególnych lat. Wyciągnijcie więc skrzaty, bałwanki, dzwoneczki i figurki, nawet te mocno zniszczone. Powspominajcie skąd się w waszym domu wzięły  aniołki i ptaszki. Te uszkodzone mają przecież swoją historię, przypomnijcie ją sobie.  Udekorujcie swoje domy na te święta, w dziwnym czasie, najbardziej emocjonalnie jak się da, od serca, od waszego świątecznego serca.